Niezupełnie był wybudzony ze snu i zdawało mu się, że jest niezmiernie grzeczny ukazując taką gotowość do usług. Dziewczyna wyszła z izby, Jim podążył za nią; w korytarzu potknęli się o staruchę, która gotowała czasami prostą strawę, chociaż tak była stara i niedołężna, iż nie rozumiała, co się do niej mówi. Stara podniosła się i mrucząc powlokła się za nimi. Na werandzie hamak z żaglowego płótna należący do Corneliusa poruszał się swobodnie — był pusty.

Dom handlowy Steina w Patusanie, jak i w innych miejscowościach, składał się pierwotnie z czterech budynków. Teraz dwa z nich obróciły się w kupę pali, połamanej trzciny, zgniłego poszycia i tylko główny spichrz stał naprzeciw domu agenta. Była to podłużna szopa zlepiona z błota i gliny, na jednym jej końcu były szerokie drzwi z mocnych desek i drzwi te trzymały się jeszcze na zawiasach. W jednej ze ścian znajdował się duży otwór, jakby okno, z trzema drewnianymi sztabami. Zanim zeszli z werandy, dziewczyna odwróciła się i rzuciła mu szybko te słowa:

— Mieli napaść na pana, gdyś spał!

Jim opowiadał mi, że doznał wielkiego rozczarowania. Więc to wciąż ta stara historia! Znudziło go już to czyhanie na jego życie. Miał już dość tych gróźb, gniewał się w duchu na dziewczynę, że go tak zawiodła. Poszedł za nią, gdyż był przekonany, że to ona potrzebuje jego pomocy i miał wielką ochotę cofnąć się z powrotem. Ale dziewczyna szła prędko i Jim poszedł za nią na dziedziniec. Płotu i ogrodzenia żadnego nie było, dawno to wszystko się rozsypało, wędrowały tędy co rano stada byków, węsząc, chrapiąc, nie spiesząc się wcale; całość wyglądała na jakąś puszczę. Jim z dziewczyną tonęli w głębokiej trawie. Światło pochodni czyniło otaczającą ich ciemność jeszcze głębszą. Noc była cudna, lekki wietrzyk płynął od rzeki. Jim odczuł tę piękność natury. Nie zapomnijcie, że opowiadam wam miłosną historię. Cudowna ta noc otaczała ich jakby pieszczotą. Płomień pochodni od czasu do czasu z hałasem wyskakiwał w górę, poza tym cisza była zupełna.

— Siedzą w spichrzu — szepnęła dziewczyna — czekają na umówiony znak.

— Kto ma go dać? — spytał.

Wstrząsnęła pochodnią, która żywszym zapłonęła blaskiem, sypiąc iskry wokoło.

— Spałeś pan tak niespokojnie — szepnęła. — Czuwałam cały czas!

— Ty! — krzyknął rozglądając się wokoło.

— Pan myśli, że tylko dziś czuwałam? — odparła ze zdumieniem.