Zdawało mu się, jak powiadał, że otrzymał cios w piersi. Tchu mu zbrakło. Pomyślał, że był brutalem, poczuł wyrzuty sumienia, ale zarazem dobrze mu było, czuł się wzruszony, szczęśliwy, wniebowzięty. Muszę znów przypomnieć wam, że to miłość wam opisuję; łatwo to poznać można z ich głupiego zachowania się, z tego stania w blaskach pochodni, jakby umyślnie chcieli służyć za cel dla morderców. Gdyby emisariusze Sherifa Ali — jak mówił Jim — mieli odrobinę zapału, to właśnie była odpowiednia chwila do ataku. Serce Jima tłukło się w piersi — nie ze strachu jednak — ale zdawało mu się, że trawa szeleści, więc szybko usunął się w cień. Coś ciemnego, nieokreślonego przebiegło pośpiesznie. Wielkim głosem zawołał:
— Cornelius! Cornelius!
Żadnej odpowiedzi, cisza zupełna. Dziewczyna znów znalazła się u jego boku.
— Uciekaj! — zawołała.
Stara nadchodziła, skurczona jej postać stanęła w promieniu światła.
— Uciekaj! — powtórzyła dziewczyna z uniesieniem.
— Teraz z pewnością są przerażeni, usłyszeli twój głos, wiedzą, żeś się zbudził, wiedzą, żeś wielki, silny, nieustraszony...
— Jeżeli nim jestem... — zaczął, ale ona mu przerwała.
— Tak — dzisiejszej nocy. Ale co będzie jutro, pojutrze, czy później jeszcze? Czy ja zdołam czuwać zawsze?
Łkaniem głos jej się załamał, co Jima niewypowiedzianie wzruszyło. Mówił mi, że nigdy nie czuł się tak mały, bezsilny — a co do odwagi, jakaż z niej korzyść — myślał. Ucieczka nawet wydawała mu się bezużyteczna, a chociaż ona wciąż szeptała z gorączkowym uporem — uciekaj do Doramina, on wiedział, że nie ma dla niego ucieczki od tego odosobnienia, tylko — w niej.