— Myślałem — mówił mi — że gdy oddalę się od niej, wszystko będzie dla mnie skończone!
Ale ponieważ nie mógł stać tak wiecznie na miejscu, postanowił pójść do spichrza. Pozwolił jej iść z sobą, nie myśląc nawet, że mogłoby być inaczej; zdawało mu się, że są nierozerwalnie z sobą związani.
— Jestem nieustraszony — czy tak? — szepnął przez zęby.
Ona wstrzymała go za ramię.
— Czekaj, aż usłyszysz mój głos — rzekła i z pochodnią w ręce pobiegła.
Jim pozostał sam w ciemności, przycisnął ucho do drzwi; żaden głos, żadne westchnienie nie dochodziło z wewnątrz. Starucha tylko jęknęła gdzieś za jego plecami. Nagle usłyszał krzyk dziewczyny:
— Teraz! Pchnij!
Pchnął z całej siły, drzwi z trzaskiem się rozwarły, odsłaniając wnętrze szopy, oświetlone ponurym blaskiem pochodni. Kłęby dymu wiły się po pustym koszu, stojącym na środku, śmiecie i gałgany poruszyły się pod wpływem pędu powietrza. Dziewczyna przez okno wsunęła pochodnię. Jim widział jej nagie ramię, dzierżące mocno, jak gdyby było ulane z żelaza, ciężką pochodnię. Góra starych mat zalegała jeden róg szopy i sięgała prawie do sufitu, poza tym — było zupełnie pusto.
Jim opowiadał mi, że w tej chwili doznał ogromnego rozczarowania. Tyle otrzymał ostrzeżeń, otoczony był tylu najrozmaitszymi niebezpieczeństwami, że raz pragnął zetknąć się z rzeczywistością, sprawiło by mu to ulgę.
— Oczyściłoby to powietrze chociaż na kilka godzin, rozumiesz pan? — mówił Jim. — Na Jowisza! Żyłem tyle dni z takim ciężarem na piersi!