— Ilu was jest jeszcze? — spytał znów Jim.
— Jeszcze dwóch Tuan (panie) — odparł słodko, patrząc wielkimi, zahipnotyzowanymi oczami w lufę rewolweru. Rzeczywiście dwóch jeszcze wypełzło spod mat, ostentacyjnie pokazując, że są bezbronni.
Rozdział XXXII
Jim skorzystał ze swej wyjątkowej pozycji i jak stado baranów wyprowadził ich z szopy. Przez cały ten czas pochodnia nie drgnęła nawet w dłoni dziewczyny. Trzej „czarni” ślepo słuchali Jima poruszając się jak automaty. Kazał im stanąć w szeregu.
— Wziąć się za ręce — krzyknął. — Usłuchali. — Kto wysunie ramię lub się obejrzy — padnie trupem! — Marsz!
Szli razem, sztywnym krokiem, Jim za nimi, a obok niego — dziewczyna w białej, długiej szacie. Czarne włosy sięgały jej do pasa. Nie wypuściła pochodni z rąk. Wyniosła jej postać sunęła tak lekko, iż zdawało się nie dotyka ziemi; ciszę mącił tylko szelest wysokiej trawy.
— Stać! — krzyknął Jim.
Brzeg rzeki był w tym miejscu prostopadły; wielka świeżość płynęła z dołu, światło pochodni padło na ciemną, zupełnie gładką powierzchnię wody; po jednej i drugiej stronie ciągnęły się szeregiem domy.
— Pozdrówcie Szerifa Alego, zanim ja sam go odwiedzę — rzekł Jim. Ani jedna głowa nie drgnęła.
— Skaczcie! — huknął.