— Na Jowisza! — pan wie, to rzecz poważna — do kpin się nie nadaje! — szepnął pośpiesznie Jim, gdym stanął po raz pierwszy na progu ich domu.

Tak, w romansie ich nie było miejsca na żarty; wśród nieszczęść życiowych zamienili przysięgi jak rycerz z dziewicą na nizinach nawiedzanych przez duchy. Światło gwiazd im wystarczało, światło tak słabe, iż nie mogło cieniom nadać kształtów i wskazać przeciwnego brzegu rzeki.Patrzyłem tej nocy na rzekę z tego samego miejsca; płynęła milcząca i czarna jak Styks; nazajutrz wyjechałem, ale nieprędko zapomnę, od czego chciała być ocalona właściwie, gdy go błagała, by odjechał póki czas jeszcze.

Powiedziała mi, co to było, spokojnie — była teraz zbyt namiętnie zaangażowana, by się unosić — głosem słodkim rzekła:

— Nie chciałam umierać płacząc.

Zdawało mi się, że źle słyszałem.

— Nie chciałaś pani umierać płacząc? — powtórzyłem za nią.

— Jak matka moja — dodała pośpiesznie.

— Matka moja gorzko płakała umierając — wyjaśniła.

Jakiś niepojęty spokój zdawał się podnosić wokoło nas, łagodząc nadmierność wzruszeń. A mnie się zdawało, że tracę grunt pod nogami wśród głębi wód i ogarnął mnie nagle strach, strach wobec tej nieznanej głębi. Opowiadała mi, że gdy matka konała, musiała odejść od jej łoża, by stanąć przy drzwiach i bronić wejścia Corneliusowi. Chciał wejść, pięściami bił o drzwi krzycząc ochrypłym głosem: „Puść mnie! Puść mnie!” W głębi izby, na matach, konająca kobieta, już pozbawiona mowy i nie mogąca ręką poruszyć, ruchem głowy i spojrzeniem zdawała się wołać: „Nie! Nie!” A posłuszna córka całą siłą drzwi podpierała i nie spuszczała oka z matki.

— Łzy jak groch sypały się z jej oczu — i umarła — zakończyła opowiadanie córka tak spokojnym, dziwnym głosem, iż podziałał na moją imaginację, przedstawiając okropność tej sceny daleko silniej niż najbardziej patetyczny opis. (...) — Przysiągł, że nigdy mnie nie porzuci, gdy staliśmy tam — sami. Przysiągł mi!...