Z którejś chaty, gdzie mieszkali podwładni Jima, popłynęła przejmująca i smutna pieśń.

Za rzeką (u Doramina zapewne) paliło się wielkie ognisko jak ogromna kula błyszcząca wśród nocy.

— Czy jest bardziej godny zaufania? — szepnęła.

— Tak — odparłem.

— Godniejszy zaufania niż inni — powtórzyła powoli.

— Tu — rzekłem — nikomu na myśl nie przyszło, nikt by nie śmiał wątpić w jego słowa — z wyjątkiem pani!

— Jest odważniejszy od innych — mówiła zmienionym głosem.

— Trwoga nigdy go pani nie wydrze — odparłem nerwowo.

Pieśń nagle ucichła. Rozległy się głosy w oddali, między nimi i głos Jima. Uderzyło mnie jej milczenie.

— Co on pani powiedział? Mówił coś pani? — pytałem.