Przez parę sekund nie wiedział, co odpowiedzieć.

— Co takiego? — krzyknął nareszcie.

— Jak to, — powiedziałem — czyż nie słyszał pan, co mówił? Nigdy nie wróci do domu.

— O, tego za wiele! — wrzasnął.

Już nie mówił do mnie „czcigodny panie”. Milczał przez chwilę, po czym bez śladu dawnej pokory mówił cichym głosem:

— Nigdy nie odjedzie — a! On — on — on przychodzi tu diabeł wie skąd — przychodzi — diabeł wie — po co — aby deptać po mnie, póki nie zdechnę — a — deptać po mnie tak — Przebierał nogami — tak, nie wiadomo dlaczego — póki nie umrę...

Głos jego stał się ledwie dosłyszalny; męczył go kaszel; zbliżył się do ogrodzenia i szeptem zwierzył mi się, że nie będzie deptany dłużej.

— Cierpliwości! Cierpliwości! — szeptał, bijąc się w piersi.

Nie śmiałem się już, za to on wybuchnął dzikim śmiechem:

— Ha! Ha! Ha! Zobaczymy! Zobaczymy! Co? Wykraść ode mnie wszystko! Wszystko! Wszystko?