Głowa mu zwisła na jedno ramię, załamał ręce. Zdawałoby się, że kochał dziewczynę niezwykłą miłością, że duch jego został zgnębiony, a serce złamane. Nagle podniósł głowę i rzucił ohydną obelgę.
— Podobna do swej matki — oszustki. Zupełnie. I z twarzy także! Diablica!
Oparł czoło o bambusowe pręty i wylewał cały potok gróźb, złorzeczeń w języku portugalskim, jednocześnie wykonując takie ruchy, jak gdyby miał śmiertelny atak choroby. Było to niewypowiedzianie komiczne i ohydne; co prędzej oddaliłem się. Coś krzyczał za mną. Zapewne jakieś obelgi na Jima, ale niezbyt głośno — znajdowaliśmy się za blisko domu. Słyszałem tylko wyraźnie:
— Jak małe dziecko — jak małe dziecko.
Rozdział XXXV
Ale nazajutrz, gdy pierwszy zakręt rzeki zakrył domy Patusanu przed moim wzrokiem, wszystko, co tam widziałem, straciło swą barwę, rysunek i znaczenie, jak malowidło na płótnie, gdy się do niego odwrócisz plecami. Ale pozostało w mej pamięci nieruchome, jakby życie zostało powstrzymane tam cudownym sposobem. Zapamiętałem ambicje, trwogi, nienawiści i nadzieje (...). Odwróciłem się od zatrzymanego obrazu, a wracałem do świata, gdzie wszystko żyje, rusza się, zalane światłem padającym tak na błoto, jak na kamienie. Nie zamierzałem się w nim całkowicie zanurzyć, wystarczyło mi, żeby utrzymać nad powierzchnią głowę. Co zaś do tego, co za sobą zostawiałem, nie mogłem wyobrazić sobie żadnej zmiany. (...) Ale postać, wokoło której wszystkie inne na tym obrazie są zgrupowane, jedna żyjąca postać — tej pewny nie jestem. Żadna pałeczka czarodzieja nie zdoła w oczach moich, on do nas należy.
Jim, jak wam mówiłem, towarzyszył mi podczas pierwszego etapu mojej podróży powrotnej do tego świata, którego sam się wyrzekł; nasza droga zdawała się wieść przez samo serce niedostępnej puszczy.
Pustkowia po jednej i drugiej stronie rzeki zalane były słońcem; tu znów masy wysokiej roślinności spuszczały się do wody, a łódź, pchana potężnymi rzutami wioseł, pruła powietrze jakby zgęszczone i gorące w cieniu wyniosłych drzew.
Cień nieuniknionej rozłąki wytworzył już olbrzymią przestrzeń między nami i gdyśmy rozmawiali, to przychodziły nam słowa z wysiłkiem, tak jakby głosy nasze z trudnością tę przestrzeń przebywały.
Łódź mknęła szybko; siedzieliśmy obok siebie w stojącym, rozgrzanym powietrzu; zapachy mchów, błota, kwiatów, tej płodnej ziemi, biły nam w twarze; aż nagle, jak gdyby jakaś wielka prawica podniosła ciężką zasłonę, roztoczył się przed nami bezmierny widok.