Samo światło jakby drgnęło, sklepienie niebios nad naszymi głowami pogłębiło się, oddalony szum dobiegł naszych uszu, owiała nas świeżość, napełniła nasze płuca, przyśpieszyła bieg myśli, krwi — zginęły lasy, a ukazał się ciemnobłękitny brzeg morza. Odetchnąłem głęboko, odżyłem w tym bezmiarze otwartego widnokręgu, w tej atmosferze, zdającej się drgać trudem, życiem, energią świata. To sklepienie niebios, to morze otwarte było dla mnie. Dziewczyna miała słuszność — był znak, było w nich wezwanie, na które odpowiedziałem każdym atomem mojej istoty. Pozwoliłem moim oczom błąkać się po tym przestworzu, jak człowiek uwolniony z pęt wyciąga swe członki, biega, skacze, poddaje się wzniosłemu uczuciu wolności.

— Jakież to wspaniałe! — krzyknąłem i wówczas spojrzałem na grzesznika siedzącego u mego boku.

Z głową spuszczoną na piersi, nie podnosząc oczu, odparł: „Tak!”, jak gdyby obawiał się ujrzeć wypisaną na tle tego jasnego nieba ukrytą troskę swego romantycznego sumienia.

Pamiętam najmniejszy szczegół tego popołudnia. Wylądowaliśmy na kawałeczku płaskiego wybrzeża, zaraz za nim wznosiły się skaliste wzgórza, spowite u podnóży pnącą się roślinnością. Równa, spokojna powierzchnia morza, barwy ciemnobłękitnej, zlewała się z linią widnokręgu na poziomie naszych oczu Wzdłuż brzegu ciągnęły się łańcuchem o nierównych ogniwach wysepki i odbijały się w wodzie jak w błyszczącym zwierciadle. W górze samotny, wielki ptak, cały czarny, to wznosił się, to spuszczał powolnym ruchem skrzydeł. Brudne, osmolone lepianki o dachach zrobionych z podartych mat, skupiły się wewnątrz ogrodzenia z pali koloru hebanowego. Na wodzie ukazała się mała łódeczka, siedzieli w niej dwaj chudzi, zupełnie czarni ludzie, z trudem pracowali, by przesunąć łódkę po błyszczącym zwierciadle. Lepianki te tworzyły wieś rybacką, cieszącą się specjalną opieką białego Lorda, a przybywający ludzie — byli to wódz plemienia i jego zięć. Wylądowali i zbliżali się ku nam, chudzi, ciemnobrunatni, jakby w dymie uwędzeni, z popiołem przylepionym do skóry na nagich plecach i piersiach. Głowy ich owiązane były brudnymi, lecz starannie ułożonymi chustami i stary rozpoczął natychmiast swe skargi, wyciągając chude ramię, wlepiając w Jima koprowe oczy z wyrazem wielkiej ufności. Ludzie Radży nie dają im spokoju; napadli na nich za jaja, które mieszkańcy wsi zbierali tam, na tych wysepkach — mówił, wskazując ręką. Jim słuchał czas jakiś, nie patrząc na nich, nareszcie powiedział łagodnie, by poczekali. Później rozpatrzy ich sprawę. Cofnęli się posłusznie i siedli w kucki w niejakim oddaleniu, złożywszy wiosła na piasku; oczy ich ze srebrzystym połyskiem biegały za każdym naszym ruchem; w tym bezmiarze morza i ciszy wybrzeża czułem Potęgę, czuwającą nad nami, karłami, rzuconymi na ten szmat błyszczącego piasku.

— Nie ma spokoju dlatego — mówił Jim — że już od wielu pokoleń rybacy z tej wsi uważani byli za osobistych niewolników radży — i ten stary grzyb zrozumieć nie może...

— Żeś ty to wszystko zmienił— zawołałem.

— Tak, zmieniłem to wszystko — mruknął posępnie.

— Trafiłeś nareszcie na sposobność, okazję.

— Doprawdy? A no tak, przypuszczam — odparł. — Odzyskałem ufność w samego siebie, dobre imię, ale czasami chciałbym... Nie! Trzymać się będę tego, co mam. Niczego więcej spodziewać się nie mogę. — Wyciągnął ku morzu ramiona. — Nie tam w każdym razie. — Tupnął nogą w ziemię. — Tu moja granica, bo mniej niż to nie zadowoliłby mnie.

Chodziliśmy po wybrzeżu. Jim rzucił ukośne spojrzenie na dwóch rybaków i rzekł: