Jim podszedł do okna i uderzeniem pięści otworzył okienicę.
Światło zalało pokój; wówczas głosem pewnym, lecz szybkim zaczął wydawać rozkazy, by biegł do tego i owego, by gotowali się do pościgu, wysyłali posłańców; mówiąc tak, siadł na łóżku, pospiesznie wiążąc trzewiki i nagle spojrzał w górę.
— Czego tu jeszcze stoisz? — spytał — nie trać czasu.
Tamb’ Itam nie poruszył się.
— Przebacz, Tuanie... ale... ale... — jąkał się.
— Co? — wrzasnął Jim, chwytając za poręcz łóżka.
— Niebezpiecznie dla sługi twego iść między lud — rzekł Tamb’ Itam po chwili wahania.
Teraz Jim zrozumiał. Z powodu impulsywnego skoku wycofał się z jednego świata, a dziś ten świat drugi, dzieło jego własnych rąk, runął na jego głowę. Niebezpiecznie jest dla sługi jego iść między jego lud! Zdaje mi się, że właśnie w tej chwili postanowił stawić czoło nieszczęściu w sposób, jaki jedynie uważał za stosowny; opuścił pokój i siadł przy długim stole, gdzie zwykł był codziennie załatwiać sprawy swego świata, głosząc prawdę, bez wątpienia zamieszkującą jego serce. Czarne potęgi nie obedrą go po raz drugi ze spokoju ducha! Siedział jak posąg wykuty z kamienia. Tamb’ Itam uczynił pokorną uwagę, że należy pomyśleć o środkach obrony. Dziewczyna, którą kochał, zbliżyła się i przemówiła, ale w jego ruchu ręki tyle było błagania o milczenie, iż przerażona usunęła się. Wyszła na werandę, siadła na schodach, jakby chciała własnym ciałem bronić go od zewnętrznych niebezpieczeństw.
Jakie myśli przewinęły się w jego umyśle, jakie wspomnienia? Kto może to wiedzieć? Wszystko przeminęło i on, który raz zawiódł zaufanie, znów stracił wiarę ludzi. Wówczas, jak sądzę, usiłował napisać do kogoś i zaniechał tego. Samotność zataczała nad nim wielkie kręgi. Lud w jego ręce złożył bezpieczeństwo swego życia, a teraz — nigdy, nigdy zrozumieć go nie zdoła. Cały dzień siedział tak, nie wydawszy głosu. Późnym wieczorem podszedł do drzwi i zawołał na Tamb’ Itama.
— Co słychać? — spytał.