— Dużo płaczu, dużo gniewu — odparł wierny sługa.

— Czy ty wiesz wszystko? — szepnął.

— Tak, Tuanie, wiem, wrota dobrze są strzeżone. Będziemy musieli stoczyć walkę.

— Walkę? O co? — spytał.

— Aby ocalić nasze życie.

— Ja nie mam już życia.

Tamb’ Itam usłyszał jęk dziewczyny stojącej za drzwiami.

— Kto wie? — mówił Tamb’ Itam. — Śmiałość, przebiegłość pozwoliłyby nam nawet uciec. Bo przecież w sercach tamtych ludzi strach jeszcze nie wygasł.

Wyszedł, marząc o łodziach i otwartym morzu, zostawiając Jima z dziewczyną.

Nie mam serca dzielić się z wami tym, co zaszło między nimi, gdy ona przez godzinę czy więcej, którą z nim spędziła, walczyła o swoje szczęście. Nie wiadomo, czy on miał jakieś nadzieje, czegoś się spodziewał. Był niewzruszony, a ze wzrastającym wyosobnieniem uporu duch jego zdawał się wznosić nad ruinami jego egzystencji. Ona wołała: „Walcz!” Nie rozumiała. O cóż tu można walczyć? On miał dowieść swej potęgi w inny sposób i sam miał odnieść zwycięstwo nad swym fatalnym losem.