Wyszedł na dziedziniec, a za nim, z rozpuszczonymi włosami, błędnymi oczyma, bez tchu prawie, wysunęła się dziewczyna.
— Otworzyć wrota! — krzyknął.
Następnie, zwracając się do ludzi, którzy jeszcze zostali w fortecy, pozwolił im wracać do domów.
— Na jak długo, Tuanie? — spytał jeden z nich nieśmiało.
— Na całe życie — odparł ponurym głosem.
Cisza zaległa miasto po wybuchu jęków, płaczów, lamentów, przeciągających nad rzeką jak podmuch wichru z otwartego przybytku cierpienia!
Ale szeptem powtarzane wieści napełniały serca przerażeniem i strasznymi wątpliwościami. Wracają łupieżcy, przywożąc wielu innych z sobą, na wielkim okręcie, ani jedna istota żywa nie pozostanie. Ludzie przejęci byli uczuciem niechybnego niebezpieczeństwa, tak jak w czasie trzęsienia ziemi; szeptem dzielili się swymi podejrzeniami, patrząc jeden na drugiego z przerażeniem, jakby już widzieli jakąś straszną wróżbę.
Słońce chyliło się za lasy, gdy ciało Daina Warisa przywieziono Doraminowi. Czterech ludzi niosło je, zakryte białym prześcieradłem, które stara matka wysłała na brzeg rzeki na powitanie syna. Złożono ciało u nóg Doramina, a starzec siedział czas długi, z rękami wspartymi na kolanach i patrzył, patrzył... Delikatnie poruszały się palmy, liście owocowych drzew melodyjnie szeleściły. Wszyscy nieżonaci ludzie plemienia jego stali w pełnym uzbrojeniu; nareszcie stary nakhoda podniósł oczy. Toczył nimi po tłumie, jakby szukał czyjejś twarzy. Znów opuścił głowę na piersi. Szepty tłumów zlały się z lekkim szelestem liści.
(...) Gdy odkryto ciało Daina Warisa na znak dany przez Doramina, leżał ten przyjaciel białego lorda, jak go zwykle nazywali, spokojny, niezmieniony, z oczami na wpół otwartymi, jakby miał zaraz przemówić. Doramin pochylił się trochę naprzód, jak człowiek, szukający czegoś na ziemi. Oczy jego błądziły od głowy do stóp trupa, może szukając rany? Była niewielka, na czole; bez słowa jeden z bliżej stojących pochylił się, ściągnął srebrną obrączkę ze skostniałej ręki i podał ją Doraminowi. Pomruk strachu i grozy pełny przeleciał przez tłum na widok tego znanego przedmiotu. Spojrzał stary nakhoda i nagle wydał z siebie straszny ryk, ryk bólu, wściekłości, tak potężny, jak ryk śmiertelnym ciosem ugodzonego bawołu, strachem przejmując serca obecnych głębią swego smutku i gniewu. Przez chwilę zaległa śmiertelna cisza, gdy czterech ludzi uniosło trupa, by go złożyć u stóp stojącego w głębi drzewa. Wówczas wszystkie kobiety wybuchnęły wielkim jękiem; żal swój wyrażały krzykami; słońce zachodziło, a w przerwach tych kobiecych jęków rozlegały się wysokie śpiewne głosy dwóch starców, intonujące wersety Koranu.
W tym czasie Jim, wsparty na armatce, plecami zwrócony do swego domu, patrzył na rzekę; dziewczyna, cała drżąca, stała na progu i nie spuszczała z niego oczu. Tamb’ Itam nie odchodził od swego pana, czekając cierpliwie na to, co zdarzyć się może. Nagle Jim, zdający się rozmyślać spokojnie, zwrócił się do niego i rzekł: