Głos jego to zniżał się do szeptu, to podnosił się nagle, nabierał twardych, pogardliwych dźwięków, jak gdyby mówił o czymś wstrętnym, obrzydliwym.
— Wszystko jedno, jak oni mnie nazywali — mówił — czułem nienawiść w ich głosie. Nie mogli mi wybaczyć, że siedzę w tej łodzi. To ich doprowadzało do wściekłości... — parsknął śmiechem. — — A ja siedziałem tak, widzi pan? — Usiadł na brzeżku stołu, ręce założył na piersiach. — Jedno lekkie pchnięcie, a byłbym poszedł za innymi, jedno tylko... leciutkie. — Zmarszczył brwi i uderzając się palcem w czoło, mówił: — Myśl ta siedziała tu ciągle... a deszcz zimny, gęsty, mroźny jak stopniały śnieg spadał na moje cienkie ubranie — już mi tak zimno nigdy w życiu nie będzie. Niebo było czarne, zupełnie czarne. Ani jednej gwiazdy, nigdzie żadnego światełka. Nic poza tą przeklętą łodzią i tymi wyjącymi na mnie małpami. „Jap! Jap! Co tu robisz? Ananasik z ciebie! Pańska krew nie pozwoliła ci pracować z nami! Wyrwałeś się ze swej niemocy, co? Aby się tu wcisnąć, co? Jap! Jap! Nie wart jesteś, żeby żyć! Jap! Jap!” Szczekali jak psy jeden przez drugiego, rzucając najbrudniejsze wyrazy. Słuchałem tych wymyślań; one mnie utrzymały przy życiu, powiadam panu. A oni wyli dalej, jak gdyby chcieli samym hałasem wyrzucić mnie z łódki. „I miałeś dość odwagi, by skoczyć! Wcale nie jesteś tu potrzebny! Gdybym wiedział, że to ty, to bym cię wyrzucił, ty psie! Co zrobiłeś z tamtym? Gdzie znalazłeś odwagę, by skoczyć, ty tchórzu! Czemu nie wyrzucimy cię teraz?...” Tchu im zbrakło. Ulewa poszła dalej. A wokoło naszej łodzi znów było cicho, żadnego głosu. Chcieli mnie widzieć w morzu? Na moją duszę — przysięgam! — ujrzeliby, gdyby zachowywali się spokojnie. Chcieli mnie wyrzucić! „Spróbujcie!” rzekłem. „Podły” — mruknęli obaj. Było tak ciemno, że tylko wtedy, gdy się poruszyli, byłem pewny, że ich widzę. Na Boga! Pragnąłem tylko, by się zabrali do czynu!
— Co za dziwna historia! — zawołałem, nie mogąc powstrzymać okrzyku.
— Niezła — co? Oni wmawiali w siebie, że ja coś z tamtym zrobiłem. Po co? I skąd ja, u diabła, mogłem wiedzieć co się z nim stało? W jakiś sposób dostałem się do tej łodzi, do tej łodzi... ja! — Mięśnie jego ust skurczyły się dziwnie i wywołały jakiś niezwykły u niego wyraz, krótkotrwały jak błyskawica pozwalająca na sekundę zajrzeć w tajemniczą głąb chmury. — A jednak tak się stało. Ja siedziałem między nimi, czyż nie tak? Czyż to nie straszne, że człowiek może być zmuszony do spełnienia takiego czynu — i być odpowiedzialnym za niego? Skądże ja mogłem wiedzieć coś o tym George’u, którego tak przywoływali? Przypominam sobie, że go widziałem leżącego na pomoście. „Zabójca i tchórz!” — wołał główny maszynista; zdawał się zapominać, że są inne wyrazy. Mało mnie to obchodziło, ale głos jego zaczął mnie męczyć. „Milcz!” — rzekłem. Na to on zaczął krzyczeć: „Ty go zabiłeś! Ty go zabiłeś!” „Nie! — wrzasnąłem. — Ale ciebie zabiję natychmiast!” Zerwałem się, a on upadł w tył ze strasznym, głośnym hukiem. Nie wiem z jakiej przyczyny. Było zupełnie ciemno. Przypuszczam, że chciał się cofnąć. Stałem jeszcze, patrząc przed siebie, a mały maszynista zaczął szlochać: „Chyba nie tkniesz biedaka ze złamaną ręką, przecież uważasz się za dżentelmena!” Usłyszałem ciężkie kroki — jeden-dwa — i potężne sapanie. Tamta druga bestia zbliżała się ku mnie. Widziałem tego potwora jak we mgle czy we śnie. „Chodź tu bliżej!” — krzyknąłem. Rzuciłbym go w morze jak niepotrzebny balast. Stanął, mruknął coś do siebie i wrócił na swe miejsce. Może usłyszał, że znów nadchodzi burza. Ja nie słyszałem. Było to ostatnie, gwałtowne echo orkanu. Żałowałem, że nie mogłem spróbować...
Otwierał i zamykał swe zgięte palce, a ręce mu drżały gotowe do schwytania ofiary.
— Spokojnie, spokojnie — szepnąłem.
— Co? Co takiego? Ja jestem spokojny — bronił się bardzo dotknięty, konwulsyjnym ruchem łokcia zrzucając butelkę z koniakiem. Rzuciłem się naprzód. Zeskoczył ze stołu, jak gdyby za jego plecami wybuchła mina, twarz mu zbladła, oczy patrzyły dziko. Po chwili objawił się w nich wyraz wielkiego zawstydzenia. — Ach! Jak mi przykro. Jakże jestem niezręczny! — mówił, gdy niemiły odór rozlanego alkoholu owiał nas jak w jakimś szynku.
Pogaszono światła w sali jadalnej; nasze świece samotnie błyszczały w długiej galerii, kolumny stały się czarne od podstawy do szczytu. Przy świetle gwiazd jasno odrzynały się gmachy portowe, jak gdyby te kamienne olbrzymy przysunęły się bliżej, by słuchać.
Przybrał wyraz zupełnej obojętności.
— Śmiało twierdzę, że dziś mniej jestem spokojny niż wówczas. Byłem przygotowany na wszystko.