— Niemiłe przechodziłeś chwile w tej łodzi — rzekłem.
— Byłem gotów — powtórzył. — Gdy pogasły światła parowca, wszystko mogło się stać w tej łodzi — wszystko na świecie, a nikogo by to nie obeszło. Czułem to i byłem z tego zadowolony. Byliśmy jak zamurowani w grobie. Żadnej łączności z czymkolwiek na ziemi. Więc nikt nie wypowie o nas swego zdania, nikt się nami nie będzie zajmować. — Po raz trzeci już w ciągu tej rozmowy roześmiał się okropnie, ale już nikogo nie było na galerii, by go mógł posądzać o upicie się. — Nie dotyczył nas strach, prawa dla nas nie istniały, nikt na nas nie patrzył, nawet my sami, przynajmniej do wschodu słońca.
Uderzyła mnie prawda zawarta w tych słowach. Coś jest szczególnego w małej łodzi rzuconej na szeroką przestrzeń morza. Nad tymi istotami, które wyrwały się z objęć śmierci, zdaje się wisieć szaleństwo. Gdy stracisz swój okręt z oczu, zdaje ci się, że zginął dla ciebie cały świat; ten świat, który cię stworzył takim, jakim jesteś i opiekował się tobą. To tak, jak gdyby dusze ludzi pływających po tym bezdennym bezmiarze uwolnione były ze wszystkich karbów i mogły spełniać wszelkie nadużycia zarówno na polu heroizmu, jak głupstwa i obrzydliwości. (...) W tym wypadku było coś wstrętnego, co czyniło to odosobnienie całkowitym — ohyda okoliczności odcinających tych ludzi od reszty ludzkości, której ideał postępowania nie przeszedł nigdy podobnej próby. Byli wściekli na niego za jego wahanie; on skupił na nich nienawiść do całej tej sprawy, pragnął zemścić się za tę pokusę, którą mu postawili na drodze. W okolicznościach takich zawsze wyjdzie na wierzch to, co gnieździ się na dnie każdej myśli, uczucia, wzruszenia. Że nie doszło między nimi do bójki, to przypisać chyba należy temu, że sami odczuwali, jak śmieszna była ich ucieczka z tej osobliwej katastrofy morskiej.
Po chwili spytałem:
— I cóż się stało dalej?
Niedorzeczne pytanie, wiedziałem zbyt wiele, bym się mógł spodziewać czegoś nadzwyczajnego.
— Nic — odparł.
Wschodzące słońce znalazło go w tym samym miejscu, w które spadł skacząc do łodzi. Co za wytrwałość w gotowości! Całą noc trzymał w ręku ciężki kawał drzewa. Czy nie nazwiecie tego gotowością? Czy możecie go sobie wyobrazić stojącego w milczeniu przez pół nocy, z twarzą zwróconą w stronę deszczu, patrzącego na te ciemne kształty, śledzącego każdy ich ruch, wytężającego uszy, by usłyszeć szepty płynące z drugiego końca łodzi? Wytrwałość odwagi czy napięcie strachu? Jak wam się zdaje? Wytrwałość niemała przecie. Sześć godzin wytrzymać w obronnej postawie; sześć godzin zupełnej nieruchomości, gdy łódź sunęła powoli lub stawała, zależnie od kaprysu wiatru, gdy uspokojone morze usnęło nareszcie; gdy chmury przebiegały ponad jego głową; gdy sklepienie niebios traciło swą ciemną barwę, rozbłyskiwało większą jasnością, bladło na wschodzie, a tamte czarne kształty w tyle łodzi zaczęły się uwypuklać: stawały się ramionami, głowami, twarzami, rysami — ukazały się strasznie patrzące nań oczy, zwichrzone włosy, ubranie w strzępach, czerwone mrużące się powieki w bladej barwie świtu.
— Wyglądali, jak gdyby tydzień cały leżeli spici w rynsztoku — opisywał i mruknął coś o wschodzie słońca zapowiadającym spokojny dzień.
Znacie to przyzwyczajenie marynarzy, by zwracać uwagę na stan pogody w każdych okolicznościach, a mnie te kilka jego słów wystarczyło, bym widział jasną linię na widnokręgu, równomierne pomarszczenie całej powierzchni morza, jak gdyby wody drgnęły, dając życie świetlanej kuli, a poruszone lekkim wietrzykiem powietrze wydało tchnienie wyzwolenia.