— Siedzieli tam, ramię przy ramieniu, kapitan pośrodku, jak trzy brudne sowy i patrzyli na mnie! — mówił z odczuciem nienawiści, która w te zwyczajne słowa wsączała jakby kroplę jadu; ale moje myśli pozostały przy tym wschodzie słońca.

Mogłem sobie wyobrazić pod tym przezroczystym, pustym sklepieniem niebios czterech ludzi uwięzionych na bezmiarze wód, a samotne słońce, nieczułe na życiowe tragedie, zataczało jasne koło na niebie, by z większej wysokości rzucić swój obraz na powierzchnię morza i podziwiać jego wspaniałość.

— Wołali na mnie stamtąd — rzekł Jim — jak gdybyśmy byli przyjaciółmi. — Słyszałem, jak prosili, bym był rozsądny i rzucił precz ten kawał drzewa. Po cóż mam go trzymać? Przecież mi krzywdy żadnej nie zrobili. Czy to nie prawda? Krzywdy mi nie wyrządzili.

Twarz mu spąsowiała, jakby się dusił.

— Nie wyrządzili mi krzywdy! — krzyknął. — Pozostawiam to pańskiej ocenie. Pan to może zrozumieć! Prawda! Wielki Boże! Nie wyrządzili mi krzywdy? A cóż gorszego mogło mnie od nich spotkać? Ach! Tak, wiem doskonale — skoczyłem! Oczywiście. Skoczyłem! Powiedziałem panu, że skoczyłem, ale, powtarzam panu, jeszcze ich towarzystwo to wiele na jednego człowieka. To wszystko oni zrobili, tak jakby hakiem ściągnęli mnie w dół. Czy pan tego nie rozumie? Pan to musi rozumieć. Niech pan powie szczerze.

Jego niespokojne oczy wlepiły się w moje, pytały, błagały, wyzywały. Za cenę własnego życia nie mogłem powstrzymywać się od szepnięcia:

— Wystawiony pan został na próbę!

— W dodatku na nieuczciwych warunkach — podchwycił szybko — z taką zgrają nie miałem żadnego wyjścia! A teraz tak byli przyjacielscy, tak piekielnie przyjacielscy! Jesteśmy razem w jednej łodzi, więc żyjemy sobie w zgodzie. Ani trochę nie dbali już o George’a. Musiał w ostatniej chwili skoczyć po coś do swego hamaku, no i został. Ten chłopiec był skończonym głupcem. To bardzo przykre, naturalnie... spojrzeli na mnie... ale przecież skoczyłem, czyż nie? Milczałem. Nie ma słów na to, co chciałem im powiedzieć. Gdybym tylko otworzył usta, wyłbym jak dziki zwierz. Zadawałem sobie pytanie, kiedy ja się obudzę z tego okropnego snu? Wołali na mnie głośno, bym zbliżył się do nich i wysłuchał, co kapitan ma do powiedzenia. Przed wieczorem z pewnością dojrzy nas jakiś okręt, których mnóstwo kręci się po tym szlaku handlowym; już tam na północo-zachodzie widać jakby obłoczek dymu. Doznałem okropnego wrażenia, ujrzawszy tę delikatną plamkę ciemnej mgły, przez którą widać było linię łączącą morze z niebem. Krzyknąłem, że doskonale stąd wszystko słyszę. Kapitan zaczął wymyślać głosem ochrypłym, przypominającym krakanie ptaka. Ani myśli zrywać sobie głosu dla mojej wygody. „Czy pan się lęka, że pana usłyszą na brzegu?” — spytałem. Rzucił mi spojrzenie, w którym malowała się chęć rozdarcia mnie na sztuki. Główny maszynista radził, by zrobił dla mnie ustępstwo. Mówił, że w mej głowie coś jest nie w porządku. Tamten wstał jak wielki kloc z mięsa i tłuszczu i... gadał... gadał...

Jim umilkł zamyślony.

— O czym? — spytałem.