— A czyż ja dbałem o to, jaką historię oni chcą wymyślić? — krzyknął. — Mogli sobie mówić, co im się żywnie podoba. To ich interes. Ja znam dobrze całą historię. Żadna bajka dla ludzi wymyślona nie zmieni jej dla mnie. Pozwoliłem im mówić, argumentować. Mówili i mówili bez końca. Nagle poczułem, że nogi pode mną się uginają. Byłem zmęczony, wyczerpany do ostateczności. Wypuściłem trzymany drąg, odwróciłem się do nich plecami i usiadłem na poprzecznicy. Miałem tego dość! Krzyczeli na mnie, pytając, czy zrozumiałem — przecież wszystko, co mówili, zgodne jest z prawdą, co? Wszystko to było prawdą, na Boga! Ale na ich sposób przekręconą. Nie odwróciłem głowy. Słyszałem, jak się wspólnie naradzali. „Ten głupi osioł nic nie powie.” — „O! On wszystko dobrze rozumie.” — „Niech go tam, wszystko pójdzie dobrze.” — „Cóż on może zrobić?” Cóż ja mogłem zrobić! Czyż nie byliśmy wszyscy razem w jednej łodzi? Usiłowałem ogłuchnąć, by nie słyszeć ich więcej. Dym gdzieś się rozpłynął w północnej stronie. Otaczał nas grobowy spokój. Napili się wody, ja również to uczyniłem. Następnie zajęli się gorliwie rozciąganiem żagla, a spytawszy, czy zechcę pozostać na straży, wsunęli się pod płótno i zniknęli mi z oczu, dzięki Bogu! Czułem się tak zmęczony, tak zmęczony, jak gdybym od chwili narodzenia nie zaznał godziny spoczynku. Słońce skrzyło się w wodzie. Od czasu do czasu jeden z nich wysuwał się spod płótna, toczył okiem wokoło i znów wracał na swe miejsce. Dochodziło mnie stamtąd potężne chrapanie. Jeden z nich spał. Ja nie mógłbym! Wokoło tyle światła, tyle światła, łódź tonęła w nim. Chwilami dziwiłem się sam sobie, że tam siedzę.
Zaczął chodzić miarowymi krokami przed moim krzesłem, lewą rękę trzymał w kieszeni, a prawą zdawał się odpychać niewidzialnego napastnika.
— Przypuszcza pan zapewne, że traciłem zmysły — zaczął zmienionym tonem. — I dziwić by się temu nie można, wszak, jak mówiłem, straciłem czapkę. Słońce paliło mi głowę, ale, jak widzę, dnia tego nic mi się stać mi mogło. Słońce nie mogło sprowadzić szaleństwa... ani zabić mnie nie mogło. — Jego ręka odepchnęła jakiś cień. — To pozostawało w moich rękach — dodał.
— Doprawdy? — spytałem niezmiernie zdziwiony tym nowym zwrotem i patrzyłem na niego z takim uczuciem, jak gdyby odkręciwszy się na pięcie przedstawił mi zupełnie inną twarz.
— Nie dostałem zapalenia mózgu ani nie padłem trupem — ciągnął dalej. — Nic sobie nie robiłem z tego słońca wiszącego mi nad głową. Rozmyślałem równie chłodno jak człowiek siedzący w miłym cieniu. Ta tłusta bestia, kapitan, wychylił kudłatą głowę spod płótna i wlepił we mnie świdrujące oczki.
— Donnerwetter! Zdechniesz! — krzyknął i jak żółw cofnął się znowu.
— Widziałem go, słyszałem. Ale on mi nie przeszkodził. Myślałem właśnie o tym, że tego nie zrobię.
Przechodząc, rzucił mi badawcze spojrzenie, chcąc się przekonać, o czym ja myślę.
— Chce pan powiedzieć, że rozmyślał pan nad kwestią, czy ma pan umrzeć? — spytałem najbardziej nieprzeniknionym tonem, na jaki tylko mogłem się zdobyć.
Nie zatrzymując się kiwnął głową.