— Tak, przyszło mi to do głowy, gdy tak sam siedziałem — odparł.

Poszedł parę kroków dalej i gdy znów zwrócił się do mnie, obie jego ręce były głęboko wsunięte w kieszenie. Stanął przede mną i patrząc w dół, spytał z natężoną ciekawością:

— Czy pan mi wierzy?

Oświadczyłem mu uroczyście, że gotów jestem uwierzyć bez zastrzeżeń we wszystko, co będzie uważał za stosowne mi powiedzieć.

Rozdział XI

Wysłuchał tych słów z głową przechyloną na bok, a ja znów rzuciłem okiem poprzez szczelinę we mgle otaczającej jego czyny i jego samego.

Mdłe światło palących się pod kloszami świec nie oświetlało go dokładnie, a za jego plecami wisiała czarna noc, tylko gdzieniegdzie rozjaśniona błyskami gwiazd; pomimo to jakieś tajemnicze światło zdawało się wskazywać na jego młodzieńczą głowę, jak gdyby ta młodość w nim w tej chwili rozbłysła i zgasła.

— Jest pan niezrównanie dobry, że tak mnie pan słucha — rzekł. — Dla mnie to tak wiele znaczy!... Pan nawet nie może wiedzieć, czym to jest dla mnie... Pan nie... — tu słów mu zbrakło.

Miałem teraz wyraźny dowód. Był on jednym z tych młodzieńców, których z przyjemnością widzisz obok siebie; myślisz z rozkoszą, że niegdyś sam taki byłeś. Wystarczy popatrzeć na kogoś takiego, by przypomnieć sobie o istnieniu złudzeń, które zdawałoby się wygasły, a jednak, jakby rozpalone zetknięciem się z innym płomieniem, gdzieś głęboko błyszczą światłem i ciepłem!... Tak... rzuciłem okiem na dno jego duszy... i to nie po raz ostatni.

— Pan nie wie, co to jest dla człowieka w moim położeniu, gdy może swą duszę otworzyć przed starszym człowiekiem, który mu wierzy. To tak trudno... tak ciężko zrozumieć.