— Skoczyłem! — poprawił z naciskiem. — Skoczyłem, pamiętaj pan! — powtórzył, a ja dziwiłem się widocznej, lecz niejasnej intencji. — A więc, tak! Może wówczas nie rozumiałem tego. Ale później, w łodzi, miałem dość na to czasu. Mogłem rozmyślać. Nikt o tym nie będzie wiedzieć, naturalnie, ale to mi nie ułatwiało położenia. Pan ma mi uwierzyć. Ja nie pragnąłem tej całej rozmowy... Nie... Tak... nie będę kłamał... chciałem jej, tego właśnie pragnąłem. A czy pan myśli, że pan, czy ktokolwiek inny, zmusiłby mnie do powiedzenia... gdybym... bał się wypowiedzieć wszystko? Nie bałem się również myśleć o tym. Widziałem wszystko bardzo jasno. Ani myślałem uciekać. W pierwszej chwili... w nocy... gdyby nie pogróżki tamtych... mógłbym... Ale nie! Na Boga! Nie sprawiłbym im tej przyjemności. Zrobili już dość. Wymyślili bajkę i wierzyli w jej wiarygodność pomimo wszystkiego, co ja wiedziałem. Ale istotna prawda pozostanie przy mnie. Ani myślę mieszać się w tę wstrętną sprawę. Jeżeli mam powiedzieć prawdę, byłem zupełnie zniechęcony do życia; ale wiedziałem, że nic dobrego wyniknąć nie może z mego... wycofania się. Uważałem, że to nie zakończy wszystkiego.

Chodził tam i sam, ale z ostatnimi słowami zwrócił się nagle do mnie.

— A co pan uważa? — spytał gwałtownie.

Nastała chwila milczenia, a ja poczułem się ogromnie wyczerpany i zmęczony, jak gdyby jego głos wyrwał mnie ze snu, w którym błąkałem się po pustych przestworzach, tak rozległych, iż wędrówka ta zgnębiła duszę i wyczerpała ciało.

— To na nic by się nie zdało — szeptał uparcie. — Nie. Należało stawić temu czoło... czekać na drugą sposobność.

Rozdział XII

Otaczała nas najzupełniejsza cisza. Mgła jego odczuć wisiała między nami, jakby miotana jego wewnętrzną walką, a poprzez tę mgłę Jim ukazywał mi się nie pod własną postacią, lecz jak jakaś symboliczna istota na obrazie. Chłód nocy przygniatał mi członki jak płyta marmurowa.

— Rozumiem — szepnąłem bardziej dlatego, by sobie samemu dowieść, że mogę otrząsnąć się z tej bezwładności niż z innego powodu.

— Przed zachodem słońca okręt Avondale zabrał nas na swój pokład — mówił chmurnym tonem — płynął wprost na nas, musieliśmy tylko siedzieć spokojnie i czekać.

Po długiej przerwie rzekł: