Bardzo możliwe, że gdyby widać było światła, robiłyby one wrażenie niemej prośby — a blask ich, przebijając cienie nocy, posiadałby tajemniczą potęgę ludzkiego spojrzenia mogącego obudzić uczucie litości i wyrzuty sumienia. Spojrzenie to mówiłoby: „Jestem tu... jeszcze tu jestem...”, bo cóż więcej może powiedzieć oko porzuconej ludzkiej istoty? Ale parowiec odwrócił się od nich jakby z pogardą. Patrzył teraz uparcie na nowe niebezpieczeństwa na otwartym morzu, których tak dziwnym sposobem uniknął, aby zakończyć swe życie na przystani, pod cieniami siekier i młotów. Jaki był ostateczny los pielgrzymów, znajdujących się na jego pokładzie? Nie wiem, ale nazajutrz około dziewiątej zjawił się statek francuski. Wkrótce powszechnie znane stało się zeznanie kapitana statku. Skręcił on trochę z drogi, by się przekonać, co się dzieje z tym parowcem, tak groźnie pochylonym nad powierzchnią morza. Wywieszona była flaga, widać było, że parowiec znajduje się w strasznym niebezpieczeństwie, ale kucharze przygotowali ranny posiłek, a pokład zatłoczony był ludźmi; wszyscy oni patrzyli na zbliżający się statek, ale żaden głos nie wydobył się z ich ust, jakby jakimś czarem zmuszonych do milczenia.
Francuski kapitan wołał na nich, ale nie otrzymał odpowiedzi, więc przekonawszy się przez lunetę, że tłum na pokładzie nie wygląda jak zadżumiony, zdecydował się wysłać łódź. Dwóch oficerów weszło na pokład, usiłowali rozmówić się z Arabem, ale nie mogli z nim dojść do ładu: groza położenia sama przez się biła w oczy. Zdumieni byli widokiem martwego białego człowieka leżącego na pomoście w skurczonej pozycji. „Fort intrigué par ce cadavre15” — opowiadał mi oficer francuski, którego przypadkiem spotkałem w kawiarni w Sydney. Był on na tym statku i doskonale pamiętał całą sprawę, chociaż niemało lat upłynęło od tego czasu. Co prawda, muszę to zaznaczyć, ta sprawa miała dziwną moc, opierała się czasowi i słabości pamięci ludzkiej; z niezwykłą żywotnością przebywała w mózgach ludzkich i na końcu ich języka. Miałem tę wątpliwą przyjemność doświadczyć, jak po wielu latach, w oddaleniu nie wiem już ilu mil, wjeżdżała ona zawsze na stół przy najlżejszej aluzji. Dziś na przykład, skąd doszło do rozmowy o niej? Ja w tym towarzystwie jestem jedynym marynarzem, ta sprawa mogła pozostać tylko w mojej pamięci, a jednak wypłynęła na wierzch. A jeżeli dwaj ludzie nieznani sobie, ale obznajmieni z tą sprawą spotkają się w jakimkolwiek punkcie świata, to zanim się rozejdą, muszą się o niej rozgadać. Ja tego Francuza nigdy a nigdy przedtem nie widziałem, a po upływie godziny rozmawialiśmy jak starzy znajomi, chociaż nie należał on również do bardzo rozmownych. Siedział sobie spokojnie nad szklanicą napełnioną jakimś ciemnym płynem. Mundur jego był trochę zniszczony; on sam ciężki, o szerokich nabrzmiałych policzkach, wyglądał na człowieka zażywającego tabakę. Znajomość nasza rozpoczęła się tym, że podał mi przez stół gazetę, której nie potrzebowałem. Powiedziałem: „Merci16”. Zamieniliśmy parę nic nie znaczących uwag i nagle, zanim pojąłem, jakim sposobem do tego doszło, wpadliśmy na tę historię i on mi opowiadał, jak bardzo „zdziwieni byli widokiem tego trupa”. Okazało się, że mój oficer należał do załogi statku, który wyratował Jima i jego towarzyszy.
W restauracji, gdzieśmy siedzieli, trzymano rozmaite zagraniczne trunki, widocznie dla wygody oficerów marynarki. Francuz, popijając jakiś ciemny płyn, zapewne cassis à l’eau17, kiwał głową, zaglądając jednym okiem do wnętrza szklanki.
— Impossible de comprendre... vous concevez18 — rzekł.
Łatwo pojąłem, jak trudno było im połapać się w sytuacji. Żaden z przybyłych łodzią oficerów nie znał dobrze angielskiego, nie mogli się więc porozumieć.
— Tłoczyli się wokoło nas — opowiadał oficer. — Utworzyło się koło autour de ce mort19 — opisywał. — Należało się zabrać do rzeczy najważniejszej. Ludzie ci zaczynali się niepokoić... Parbleu!20 Tłum taki... wyobraża pan to sobie? — dodał z filozoficzną pobłażliwością.
Co się tyczy miejsca uszkodzonego w parowcu, radził nie dotykać go, uważał to za rzecz najbezpieczniejszą. Jak można najprędzej, linami przywiązano Patnę sterem naprzód do statku; w tych okolicznościach było to rozsądne rozporządzenie, gdyż manewr ten zmniejszył ciężar w miejscu uszkodzonym, wymagającym wielkiej ostrożności. Byłem pewny, że w tych rozporządzeniach mój nowy znajomy odegrał główną rolę; wyglądał na człowieka, któremu można zaufać, na wytrawnego marynarza, chociaż gdy tak siedział, trzymając grube palce na brzuchu, przypominał jednego z tych poczciwych, zatabaczonych proboszczów wiejskich, do których uszu zlewane są wszystkie grzechy, cierpienia i wyrzuty sumienia całych generacji kmiotków. Wyraz spokoju i prostoty malujący się na ich twarzach jest jakby zasłoną rzuconą na tajemnicę bólu i rozpaczy. Stosowniejszą dla niego byłaby wytarta sutanna, zapięta aż pod obfitym podbródkiem, niż ten surdut z epoletami i metalowymi guzikami. Szeroka jego pierś podnosiła się miarowo, gdy mi opowiadał o ryzykownej sytuacji, w jakiej się wówczas znaleźli; jako marynarz musiałem to niewątpliwie dobrze rozumieć. Wyraziwszy takie właśnie przekonanie, pochylił się z lekka ku mnie i, wydymając wygolone wargi, odsapnął lekko.
— Na szczęście — opowiadał dalej — morze było gładkie jak ten stół, a powietrze nieruchome jak tu.
Rzeczywiście było tam gorąco i duszno; policzki mi pałały, jak gdybym był tak młody, by móc rumienić się i czuć się zakłopotany. Mówił, że kierowali się do najbliższego angielskiego portu, gdzie kończyła się ich odpowiedzialność „Dieu merci”...21
Wydął trochę policzki.