Na te słowa oddalił się ode mnie, oparł się o balustradę, jakby podziwiając piękność i spokój nocy. Z kwiatów płynęła balsamiczna woń. Po chwili wrócił do mnie szybkimi krokami.
— To wszystko jedno — powtórzył.
— Możliwe — rzekłem.
Zaczynałem rozumieć, że nie dorównuję mu, bo zresztą cóż ja mogę wiedzieć.
— Czy on był umarły czy żywy, nie mogłem wiedzieć tego na pewno — rzekł. — A żyć musiałem, prawda?
— Zapewne tak, jeżeli z tego punktu się pan na to zapatruje — bąknąłem.
— Rad byłem, rozumie się — mówił, myśląc o czym innym. — Zeznawali — wyrzekł powoli podnosząc głowę. — Czy pan wie, jaka była moja pierwsza myśl, gdym ich słuchał? Doznałem ulgi, ucieszyłem się, dowiedziawszy się, że te krzyki... czy mówiłem panu, że słyszałem krzyki? Nie? Otóż słyszałem... krzyki o pomoc, straszne... okropne. Imaginacja, jak przypuszczam. A jednak, nie mogłem pojąć... tamci nie słyszeli. Pytałem się ich później. Wszyscy mówili... nic! Nic? A ja słyszałem, nawet wówczas. Powinienem był wiedzieć, że to niemożliwe... ale ja nic nie myślałem... tylko wsłuchiwałem się. Bardzo słabe jęki, ale słyszałem je dzień w dzień. Nareszcie jeden z majtków podszedł do mnie i rzekł: Patna... francuski statek... dopłynęli szczęśliwie do Adenu... śledztwo... sąd... przygotowane dla was pomieszczenie w Domu Marynarzy”. Przechadzałem się z nim po pokładzie i rozkoszowałem się ciszą. Nie było więc krzyków. Imaginacja! Musiałem mu uwierzyć. Nie słyszałem już odtąd nic więcej. Nie wiem, jak długo mógłbym to znieść. Stawało się to coraz przykrzejsze... chciałem powiedzieć... głośniejsze.
Zamyślił się.
— Więc krzyków nie było. Niech i tak będzie. Ale światła! Przecież światła znikły! Nie widzieliśmy ich więcej. Gdyby były, rzuciłbym się w morze i popłynąłbym ku nim krzycząc... błagałbym, by mnie znów przyjęli na pokład... Miałbym okazję... czy wątpi pan?... A skąd pan może wiedzieć, co ja czułem?.. Jakim prawem pan wątpi?... O mało co nie zrobiłem tego... czy pan rozumie? — tu zniżył głos. — Nie było jednego światełka, jednego błysku — mówił smutnie. — Czy pan nie może zrozumieć, że gdyby było jedno światełko, nie widziałby mnie pan tutaj? Widzi mnie pan... i wątpi?
Zaprzeczyłem głową. Ta kwestia świateł niewidzialnych, pomimo, że parowiec był oddalony tylko o ćwierć mili, mogła być przedmiotem dyskusji. Jim upierał się przy tym, że nie widać było nic po pierwszym przejściu ulewy; tamci to samo opowiadali oficerom z Avondale. Rozumie się, że słuchano ich i kiwano głowami z uśmiechem powątpiewania. Jakiś stary kapitan siedzący obok mnie w sali sądowej nachylił się do mnie, szepcząc: „Rozumie się, kłamią!” A właściwie nikt nie kłamał; nawet ten główny maszynista, opowiadając o światełku na maszcie, gasnącym jak rzucona zapałka. Człowiek w takim stanie podniecenia, w jakim oni byli, mógł dojrzeć tlącą się iskierkę, gdy rzucał ukradkowe spojrzenia za siebie, a oni nie widząc jej, mogli sobie wytłumaczyć to tylko tym, że parowiec zatonął. Był to widoczny, a zarazem uspokajający dowód. Przewidziany fakt nadchodził tak szybko, że widoczny był pośpiech. Nic dziwnego, że nie szukali innego wytłumaczenia. A prawdziwe wyjaśnienie było bardzo proste i odkąd Brierly wspomniał o nim na sądzie, nikt już więcej nie zajmował się tą sprawą. Jeżeli pamiętacie, parowiec został zatrzymany, a jego tył był wysoko podniesiony. Gdy uderzył weń orkan, przechylił się mocno na przeciwną stronę i tym sposobem światła jego stały się zupełnie niewidzialne dla ludzi znajdujących się w łodzi po tej jego stronie.