Siedziałem i myślałem o nim po wyjściu oficera francuskiego, ale myślą przeniosłem się nie do sklepu De Jongha, gdzie niedawno uścisnąłem rękę Jima, lecz do tej galerii hotelu Malabar, gdzie przed laty siedzieliśmy przy dopalających się świecach, wśród chłodnej, ciemnej nocy. Miecz krajowej sprawiedliwości wisiał nad głową Jima. Jutro — a może dzisiaj (północ dawno minęła) — sędzia o marmurowej twarzy, po wydaniu wyroku uwięzienia za napad i bójkę, miał podnieść straszną broń i wymierzyć cios w nachyloną szyję Jima. Nasza rozmowa prowadzona tej nocy dziwnie przypominała ostatnie godziny, jakie spędza się ze skazanym człowiekiem. On także był winien. Był winien — powtarzam to sobie niejednokrotnie — był winien i był zgubiony; pomimo to chciałem mu oszczędzić szczegółów formalnej egzekucji. Nie usiłuję wyjaśnić przyczyny mego pragnienia — zdaje mi się, że nie potrafiłbym ich podać; ale jeżeli nie macie do tej chwili jasnego o tym pojęcia, to opowiadanie moje musiało być niejasne lub też wy jesteście zbyt senni, byście mogli pochwycić znaczenie moich słów.
Nie bronię swej moralności. Nie było jej w impulsie, który mnie skłonił do przedstawienia mu, w całej jego prostocie, planu Brierly’ego, planu ucieczki. Pieniądze leżały w mej kieszeni, gotowe na jego usługi. O! Pożyczka! Pożyczka, rozumie się — a jeżeli przyda mu się list polecający do pewnego człowieka (w Rangunie), który może dać mu pracę... O! Z przyjemnością służę. Mam atrament, pióro, papier w pokoju na pierwszym piętrze. Jeszcze mówiłem, gdy już układałem list: dzień, miesiąc, rok godz. 2:30 rano... W imię naszej starej przyjaźni, proszę o dostarczenie jakiejś pracy panu Jamesowi N. N., któremu ufam etc. etc... Gotów byłem nawet tak o nim napisać. Jeżeli nie zdobył mej pełnej sympatii, to uczynił więcej jeszcze — doszedł do samego dna, do pierwiastka tego uczucia, dosięgnął tajemnej wrażliwości mego egoizmu. Nic przed wami nie skrywam, gdyż w przeciwnym razie czyny moje byłyby dla was bardziej niezrozumiałe, niż ludzkie czyny mają prawo być — a zresztą, jutro zapomnicie o moich wynurzeniach, jak zapominacie o innych naukach przeszłości. W tej transakcji, mówiąc dobitnie i grubiańsko, ja byłem człowiekiem bez zarzutu; ale subtelne zamiary mej niemoralności były zniweczone moralną prostotą przestępcy. On również był samolubny, to nie ulega wątpliwości, ale jego samolubstwo miało pierwiastek wyższej natury i zamiary jego były wznioślejsze. Przekonałem się, że bez względu na to, co bym mówił, on gotów był przejść przez ceremonię egzekucji, a ja niewiele miałem do powiedzenia, czułem bowiem, że w argumentacji młodość jego ciężko przeciw mnie zaważy: on wierzył w to, w co ja już nawet przestałem wątpić. Było coś pięknego w jego niewyrażonej dzikości, zaledwie nakreślonej nadziei.
— Uciekać! Nie mógłbym nawet o tym pomyśleć — rzekł wstrząsając głową.
— Proponuję panu rzecz, za którą ani chcę, ani oczekuję jakiejkolwiek wdzięczności — rzekłem — odda mi pan te pieniądze, gdy będzie pan mógł i...
— Strasznie jest pan dobry — szepnął, nie patrząc na mnie.
Przypatrywałem mu się bacznie: przyszłość musiała mu się wydawać ogromnie niepewna; ale nie drgnął, nie ustąpił, jak gdyby rzeczywiście wszystko było w porządku z jego sercem. Poczułem gniew — nie po raz pierwszy tej nocy.
— Ta cała nieszczęsna sprawa — rzekłem — jest bardzo gorzka, jak sądzę, dla takiego jak pan człowieka...
— Jest, jest! — szepnął dwa razy nie odrywając oczu od podłogi.
Widok jego rozdzierał serce. Przy blasku świec ujrzałem na jego policzkach rumieniec wywołany napływem gorącej krwi. Wierzycie mi czy nie, powiadam, że serce mi się darło na kawały. Sprowokowało mnie to do brutalności.
— Dobrze — rzekłem — ale muszę panu wyznać, że nie umiem wyobrazić sobie, jakie korzyści spodziewa się pan z tego wyciągnąć?