— Korzyści! — szepnął.
— Niech mnie diabli porwą, jeżeli wiem, o co panu chodzi — powiedziałem wściekłym tonem.
— Usiłowałem panu powiedzieć wszystko — mówił powoli, jak gdyby rozmyślał nad czymś, niedającym się określić — ale zresztą to mój problem.
Otworzyłem usta, by mu dać odpowiedź, gdy nagle przekonałem się, że straciłem całe do siebie zaufanie; i on również, zdawało się, że odsuwa mnie na bok, gdyż bąkał jak człowiek myślący na głos:
— Poszli sobie... schronili się do szpitali... Ani jeden z nich nie stawi tu czoła... Oni!... — Poruszył ręką pogardliwie. — Ale ja muszę przejść przez to wszystko... nie cofnę się przed niczym.
Umilkł. Patrzył jak nieprzytomny. Na jego twarzy odzwierciedlały się przemijające wrażenia pogardy, rozpaczy, postanowienia — odzwierciedlały się kolejno, jak w magicznym zwierciadle odbijają się przesuwające się nieziemskie kształty. Żył w otoczeniu zwodniczych duchów, surowych cieni.
— Ee! Głupstwo, kochany chłopcze! — zacząłem.
Wykonał ruch zniecierpliwienia.
— Zdaje się pan nie rozumieć — rzekł z naciskiem; spojrzał na mnie przeciągle — Mogłem skoczyć, ale nie ucieknę!
— Nie chciałem pana obrazić — rzekłem i głupio dodałem: — Lepsi od ciebie ludzie uciekali czasami.