Spąsowiał cały, a ja w zakłopotaniu o mało nie udławiłem się własnym językiem.

— Może być — rzekł w końcu — nie dość dobry jestem na to; nie mogę więc sobie na to pozwolić. Zmuszony jestem walczyć z tą sprawą i walczę!

Wstałem z krzesła, czułem się zupełnie zesztywniały. Milczenie było kłopotliwe i aby położyć mu kres, nie znalazłem lepszego wyjścia nad uczynienie banalnej uwagi:

— Nie miałem pojęcia, że tak jest późno.

— Jak widzę, ma pan tego dość — rzekł szorstko — jeżeli mam powiedzieć prawdę — dodał oglądając się za swym kapeluszem — ja również mam dość.

Dobrze! Odrzucił jedyną propozycję. Odepchnął moją rękę niosącą mu pomoc; gotów był iść, a za balustradą ciemna noc zdawała się czekać na niego, jak gdyby był przeznaczoną dla niej zdobyczą. Słyszałem jego głos:

— A! Mam go nareszcie! — znalazł swój kapelusz.

Przez parę sekund milczeliśmy.

— Co zrobi pan potem... potem?... — spytałem cicho.

— Prawdopodobnie zejdę na psy — mruknął.