— No więc co? — rzekł — niech czekają.

— Ja również czekam — zauważyłem — niech mi pan powie, czego chce pan ode mnie?

Rzucił gwałtownie głową.

— Potrzebuję tego chłopaka.

— Nie rozumiem — rzekłem.

— Niezdatny, co? — pytał Chester szorstko.

— Nic o tym nie wiem — protestowałem.

— Jak to, sam mi pan powiedziałeś, że bierze sprawę do serca — argumentował Chester. — Moim zdaniem, chłopiec, który... w każdym razie nie na wiele on się zda; ale widzisz pan, jestem w poszukiwaniu kogokolwiek i mam właśnie odpowiednią dla niego pracę. Dam mu posadę na mojej wyspie. — Kiwał głową znacząco. — Muszę zakopać tam czterdziestu robotników, chociażby mi przyszło ich wykraść! Ktoś musi obrobić materiał. O! Ja myślę zrobić to z rozmachem, pobuduję drewniane szałasy, rozciągnę żelazne dachy — znam jednego człowieka w Hobart, który się tym zajmie. Muszę jeszcze pomyśleć o zapasie wody. Będę musiał się zakręcić, żeby znaleźć kogoś, kto mi pożyczy z sześć żelaznych zbiorników na wodę. Wszak trzeba łapać deszczową wodę, prawda? Otóż chciałbym, by ten chłopiec miał na to wszystko oko. Uczynię go przełożonym robotników. Dobra myśl, co? Cóż pan o tym powie?

— Lata całe potrafi nie spaść kropla deszczu na rafach Walpole’a — rzekłem; zbyt byłem zdumiony, by zdobyć się na śmiech.

Zagryzł usta i zrobił znudzoną minę.