— E! Urządzi się to! Nie w tym leży trudność!

Milczałem. Oczami duszy ujrzałem Jima stojącego na skale, tonącego po kolana w guanie, z wrzaskiem morskiego ptactwa w uszach i rozpaloną kulą słoneczną nad głową; niebo i ocean gorzeć się zdawał od tego gorąca; poza tą roziskrzoną powierzchnią wód oko nic nie widziało.

— Nie radziłbym najgorszemu memu wrogowi... — zacząłem.

— Co panu jest? — krzyknął Chester. — Mam zamiar dać mu porządne wynagrodzenie, rozumie się wtedy, jak interes pójdzie dobrze. A praca prawie żadna; stać tylko i trzymać za pasem nabity sześciostrzałowy rewolwer... Przecie nie będzie się obawiał pogróżek czterdziestu robotników, będąc między nimi jedynym uzbrojonym człowiekiem! Stanowisko lepsze, niż się wydawać może. Chciałbym, byś mi pan pomógł rozmówić się z nim.

— Nigdy! — krzyknąłem.

Stary Robinson podniósł na chwilę kaprawe, przerażone oczy. Chester spojrzał na mnie z niewypowiedzianą pogardą.

— Więc będziesz mu pan odradzać? — rzekł powoli.

— Z pewnością — odparłem tak oburzony, jak gdyby namawiał mnie do zabicia kogoś — a zresztą pewny jestem, że on by nie zechciał. W nieprzyjemnym jest teraz położeniu, ale wariatem nie jest, o ile wiem.

— On jest najzupełniej do niczego niezdatny — mruknął Chester. — A mnie by się przydał. Gdyby pan umiał patrzeć na rzeczy jak należy, to byś rozumiał, że to jest stanowisko jak dla niego stworzone. A przy tym... No! Przecie to najwspanialsza, najpewniejsza okazja!... — Nagle wpadł w pasję. — Ja muszę mieć człowieka. Ot co! — tupnął nogą, nieprzyjemnie się uśmiechając. — W każdym razie mogę zagwarantować, że wyspa nie zatonie pod nim — a zdaje mi się, że on na tym punkcie jest bardzo drażliwy.

— Żegnam — rzekłem krótko.