Spojrzał na mnie, jak gdybym był największym z głupców.

— Chodźmy, kapitanie Robinsonie — wrzasnął nagle do ucha starego. — Czekają na nas, by dobić targu.

Schwycił mocno swego wspólnika pod ramię, zakręcił nim i niespodziewanie spojrzał na mnie przez ramię.

— Chciałem wyświadczyć mu łaskę — rzekł takim tonem, że cała krew się we mnie zagotowała.

— W jego imieniu dziękuję — odparłem.

— Jest pan diabelnie uczciwy — szydził — ale podobny jesteś do reszty z nich. Za wiele bujasz w obłokach. Nie wiem, co ci się uda z nim zrobić.

— Nie wiem nawet, czy zechcę coś z nim zrobić.

— Doprawdy? — wybuchnął, a szpakowate jego wąsy jeszcze bardziej zjeżyły się z gniewu; stojący obok niego poważny Robinson, wyglądał jak zupełnie wyczerpany koń pociągowy.

— No tak, przecie wyspy z guano nie odkryłem — rzekłem.

— Przekonany jestem, że byś jej nie dostrzegł, choćby ci ją wskazano palcem — odparł pośpiesznie — a na tym świecie trzeba najprzód zobaczyć jakąś rzecz, zanim się z niej zrobi użytek. Trzeba przejrzeć na wskroś, inaczej nic nie będzie.