— O nie! Nic nie powiedział. Tajemnica ta pozostała między nami. Jak tylko przychodziłem do młyna, przybierał minę bardzo tajemniczą, mrugał na mnie od czasu do czasu, jakby chcąc powiedzieć „co my wiemy, to wiemy...”

Jim, mówiąc te słowa, rzucił się na krzesło i spuścił głowę.

— Pewnego dnia znaleźliśmy się sam na sam i on tak zaczął prawić: „A co, panie Jakubie (nazywał mnie tam Jakubem, jak gdybym był synem gospodarza), znów jesteśmy razem. Tu lepiej, niż na starym okręcie — prawda?... Czy to nie było okropne, co?” Spojrzałem na niego — a on ciągnął dalej. „Nie obawiaj się pan niczego. Ja znam się na dżentelmenach i rozumiem ich uczucia. Mam nadzieję, że będziemy się wzajemnie wspierali i ja niemało przeszedłem po awanturze z tym starym gratem, Patną!” Na Jowisza! To było straszne! Nie wiem, co bym był powiedział lub zrobił, gdyby właśnie pan Denver nie zawołał mnie. Była to pora śniadania, więc poszliśmy razem przez dziedziniec i ogród do domu. Zaczął się ze mną przekomarzać na swój dobry sposób... Zdaje mi się, że on mnie lubił... — Jim umilkł na chwilę. — Wiem, że mnie lubił. Dlatego tak mi ciężko było. To był taki niezwykły człowiek!... Tego ranka wsunął mi rękę pod ramię... On także był ze mną na stopie poufałej... — Parsknął krótkim śmiechem i zwiesił głowę na piersi. — Eh! — krzyknął — jak sobie przypominam, w jaki sposób ta mała bestia przemawiała do mnie... Nie mogłem tego znieść... a pan wie... staruszek był dla mnie jak ojciec... (...) więc należało mu powiedzieć, oszukiwać go nie mogłem, prawda?

— Więc co? — szepnąłem po chwili.

— Więc wolałem odejść — rzekł wolno — ta sprawa musi być pogrzebana.

Ze sklepu dochodził nas podniesiony głos Blake’a, który łajał Egströma w niemożliwy sposób. Byli oni wspólnikami już od lat wielu, ale co dnia, od chwili otwarcia sklepu aż do jego zamknięcia Blake, mały, czarnowłosy i czarnooki człowiek wymyślał na swego wspólnika, pieniąc się ze złości. Ten wiecznie trwający krzyk stał się nieodzowną cząstką życia tych ludzi, a charakterystyczną cechą tego sklepu; nawet obcy przestali na to zwracać uwagę, a jeżeli hałas zbytnio im dokuczył, to mrucząc pod nosem, zamykali drzwi „salonu”. Sam Egström, grubokościsty, ciężki Skandynawczyk, z olbrzymimi blond faworytami, wydawał rozporządzenia, zawijał paczki, robił rachunki lub pisał stojąc przy kantorku i zachowywał się tak, jak gdyby był głuchy jak pień. Od czasu do czasu wyrzucał z siebie dźwięk — „szszsz!” — bez najmniejszej nadziei, by to mogło wywołać jakiś skutek — i rzeczywiście tak było.

— Bardzo przyzwoicie obchodzą się tu ze mną — rzekł Jim. — Blake trochę grubianin, ale Egström jest w porządku.

Zerwał się nagle i podszedł do okna, gdzie stał teleskop, wylotem zwrócony ku morzu. Przechylił się i bacznie się czemuś przyglądał.

— Okręt, który cały ranek był unieruchomiony wskutek zupełnej ciszy, teraz podpływa — rzekł spokojnie. — Muszę iść, spełniać swoją powinność.

Uścisnęliśmy sobie ręce w milczeniu i Jim skierował się ku wyjściu.