— Jimie! — krzyknąłem. Obejrzał się, trzymając rękę na klamce. — Pan... odrzucił pan coś w rodzaju fortuny!

Wrócił się i stanął przy mnie.

— Przywiązałem się do starego, to był taki niezwykły człowiek — rzekł. — Ale czyż mogłem... Czyż mogłem? — Wargi zaczęły mu drgać. — Tutaj nikt o tym nie wie i nikogo by to nie obeszło.

— Ach! Pan doprawdy... — zacząłem i umilkłem, łamiąc sobie głowę nad wynalezieniem odpowiedniego słowa, a gdy zrozumiałem, że ono nie istnieje, Jima już w pokoju nie było.

Słyszałem za drzwiami łagodny głos Egströma, który mówił:

— To Sarah W. Granger, Jimie. Musi pan postarać się być pierwszy.

W tej chwili wmieszał się Blake, krzycząc jak rozzłoszczona papuga:

— Powiedz kapitanowi, że tu czekają listy. Słyszy pan, panie, jak się tam nazywasz?

Jim odpowiedział Egströmowi z jakąś młodzieńczą werwą w głosie.

— Dobrze, dobrze, nie dam się uprzedzić.