Zdawał się w pracy szukać ulgi od trapiących go myśli.
Nie widziałem go już więcej wówczas, ale w czasie następnej mej podróży (w sześć miesięcy potem) udałem się do sklepu „Egström i Blake”. Z daleka już dochodziły mnie wymyślania Blake’a, a gdy stanąłem na progu, rzucił na mnie pełne nienawiści spojrzenie; za to Egström podszedł z twarzą rozjaśnioną uśmiechem, wyciągając potężną prawicę.
— Cieszę się, że pana widzę, kapitanie... Szsz.. Przypuszczałem, że w tym czasie los zagna pana w nasze strony!... Czym mogę służyć?... Szsz... On? O!... porzucił nas... ale proszę do salonu...
Zatrzasnął drzwi i wówczas głos Blake’a dochodził stłumiony, nie ucichł jednak ani na chwilę.
— Wprawił nas w wielki kłopot, źle z nami postąpił, muszę to przyznać...
— Dokądże się udał? Czy wiecie panowie? — spytałem.
— Nie i na nic by się nie przydały wszelkie poszukiwania — mówił Egström, stojąc przede mną ze swymi długimi faworytami i rękami niezgrabnie opuszczonymi w dół; cienki srebrny łańcuch od zegarka zwisł nisko na granatowej kamizelce. — Człowiek taki jak on nie udaje się do jakiegoś określonego miejsca. — Byłem tak zajęty zniknięciem Jima, iż nie spytałem, co znaczyć mają te ostatnie słowa, więc on opowiadał dalej — Porzucił nas w sam dzień zjawienia się tu parowca z powracającymi pielgrzymami. Tak coś trzy tygodnie temu.
— Może była mowa o wypadku z Patną? — spytałem, lękając się czegoś najgorszego.
Egström drgnął i spojrzał na mnie tak, jak gdybym był czarnoksiężnikiem.
— Ależ tak. Skądże pan może to wiedzieć? Kilku z nas rozmawiało tu o tym zdarzeniu. Było tu, o ile pamiętam, dwóch kapitanów, kierownik warsztatu portowego Vanlo’a, ja i paru jeszcze ludzi. Jim również był tutaj, jadł sandwicz i popijał piwem, bo gdy dużo mamy pracy — rozumie pan, kapitanie — na porządny lancz nie starcza czasu. Otóż Jim stał przy stole i jadł, a my okrążyliśmy teleskop, przypatrując się kolejno podpływającemu statkowi, i tak, ni stąd ni zowąd, kierownik warsztatu Vanlo’a zaczął opowiadać o właścicielu Patny; potem o samej Patnie, jakim starym gratem była, a jednak niemało przyniosła zysku. Wspomniał o jej ostatniej podróży i wówczas zaczęliśmy rozprawiać wszyscy. Jeden powiedział to, drugi tamto, ale ot, gadaliśmy sobie na wiatr, bo który z nas coś mógł wiedzieć; śmieliśmy się nawet. Kapitan O’Brien ze statku Sara W. Granger, otyły, krzykliwy starzec, siedział tu sobie w tym fotelu i przysłuchiwał się — nagle stuknął laską w podłogę i wrzasnął: