Później nieraz, w rozmaitych stronach świata będąc, Marlow chętnie wspominał Jima.

Może to było po obiedzie, na werandzie udrapowanej nieruchomą zielonością, ozdobionej kwiatami, w głębokim zmroku upstrzonym błyszczącymi końcami cygar. Wydłużone trzcinowe fotele były wszystkie zajęte. Tu i ówdzie błysnęło nagle czerwone światełko, roztaczając blask na palce ociężałej ręki, na część spokojnej twarzy lub zapalało iskierkę w myślących oczach, ocienionych cząstką gładkiego czoła; z pierwszym wypowiedzianym słowem ciało Marlowa wyciągnęło się w fotelu i pozostało zupełnie nieruchome, jak gdyby duch jego cofnął się w czasy minione i przemawiał stamtąd przez jego usta.

Rozdział V

— Ach, tak, byłem obecny przy tym badaniu — rzekł — i do tej pory nie przestałem się dziwić, po co tam poszedłem. Skłonny jestem wierzyć, że każdy z nas ma anioła stróża, jeżeli zgodzicie się z tym, że każdy z nas ma również swego złego ducha. Chcę, byście to przyznali, gdyż nie mam ochoty wyróżniać się od innych, a wiem, że go posiadam — złego ducha, chcę powiedzieć. Nie widziałem go, rozumie się, ale mam na to dowody. Siedział on sobie we mnie, a będąc złośliwej natury, pchnął mnie, bym wmieszał się w tego rodzaju sprawę. W jaką sprawę? — pytacie. — No, w to badanie, w to śledztwo, gdzie niespodziewanym, szatańskim sposobem spotkałem ludzi najrozmaiciej skalanych, którzy na mój widok rozpuścili swe języki, by mi czynić swe piekielne zwierzenia, jak gdybym nie mógł sam sobie czynić zwierzeń, jak gdybym — na Boga! — nie posiadał dość wiadomości o sobie, dręczących duszę moją do końca życia. A chciałbym wiedzieć, co zrobiłem, by na taką łaskę zasłużyć. Oświadczam, że mam tyle samo własnych spraw na głowie, co i każdy człowiek, a pamięć mam tak samo dobrą, jak przeciętny pielgrzym na tym świecie; widzicie więc, że nie jestem wyjątkowym naczyniem do zbierania zwierzeń ludzkich. Więc po cóż mam mówić? Chyba dla zabicia czasu po obiedzie. Karolu, kochany chłopcze, obiad twój był wyjątkowo doskonały i w rezultacie ci oto ludzie uważają spokojnego robra7 za coś męczącego, wymagającego wysiłku. Pogrążyli się w twych wygodnych fotelach i myślą sobie: „nie chce nam się ruszać, niech Marlow opowiada.”

Opowiadać! Niech i tak będzie. Łatwo opowiadać o panu Jimie po dobrej uczcie, z pudełkiem przyzwoitych cygar pod ręką, w chłodny, gwiaździsty wieczór, mogący sprawić, że najlepszy z nas zapomni, że jesteśmy tu po to tylko, by cierpieć i drążyć swą drogę w wędrówce poprzez światła, licząc się z każdą minutą i krokiem, wierząc, że u kresu wydobędziemy się z tego jakoś przyzwoicie. I niewiele pomocy możemy oczekiwać od tych, o których ocieramy się łokciami. Rozumie się, że tu i ówdzie są ludzie, dla których całe życie jest jakby jedną poobiednią godziną, spędzoną z cygarem w ustach: łatwe, przyjemne, puste, może ożywione jakąś bajką o walce, bajką, o której się zapomina, zanim się usłyszało jej koniec, jeżeli w ogóle ma jakiś koniec.

Nasze oczy spotkały się po raz pierwszy w czasie tego przesłuchania. Trzeba wam wiedzieć, że znajdowali się tam wszyscy jakimkolwiek sposobem związani z morzem, dlatego że sprawa ta była powszechnie znana od chwili, gdy doszedł nas ten tajemniczy telegram z Adenu. Mówię tajemniczy, gdyż w pewnym sensie taki był, chociaż zawierał nagi fakt, tak nagi i szpetny, jak tylko fakt być może. Cała marynarka mówiła tylko o nim. Tego dnia z rana, gdym się ubierał, usłyszałem poprzez ścianę, jak mój Parsee Dubash szwargotał o Patnie z okrętowym stewardem łaskawie ugoszczonym herbatą w spiżarni. Gdy znalazłem się na wybrzeżu, spotkałem znajomego, a pierwsze jego słowa były: „czy słyszałeś kiedyś o czymś podobnym?” Jeden, drugi, trzeci powtarzał to samo, to uśmiechając się cynicznie, to patrząc smutnie, to klnąc, zależnie od swego charakteru. Zupełnie obcy ludzie poufale zagadywali do siebie jedynie w celu ulżenia swym przemyśleniom na ten temat; każdy pracujący w mieście zachodził do knajpy, by tam przy kieliszku pomówić o tej sprawie; słyszało się o tym w porcie, w sklepach, od agentów, od białych ludzi, od tuziemców, metysów, od każdego na wpół nagiego rybaka siedzącego na kamiennych stopniach. Było oburzenie i żarty, a przede wszystkim nieskończone dysputy o tym, co się też z nimi stało. Tak rzeczy stały przez parę tygodni czy dłużej, aż zaczęła przeważać opinia, że to, co było tajemniczego w tej sprawie, okaże się tragiczne, gdy pewnego pięknego poranka, stojąc w cieniu przy schodach portowego gmachu, ujrzałem czterech ludzi, idących ku mnie wybrzeżem. Rozmyślałem przez chwilę, skąd oni się tu nagle znaleźli, gdy raptem, mogę powiedzieć, krzyknąłem do siebie: „Oto oni!”

Tak, to byli z pewnością oni, trzej w całej okazałości, a jeden o tak okazałej tuszy, że u człowieka aż niewiarygodnej; właśnie wysiedli, dobrze napasieni z parowca Dale, który przybył w godzinę po wschodzie słońca. Nie mogło być omyłki; poznałem tego hulakę, dzierżawcę Patny, na pierwszy rzut oka; był to najtłuściejszy człowiek, jakiego te błogosławione podzwrotnikowe krainy nosiły. Przed dziewięciu miesiącami natknąłem się na niego w Samarango. Jego parowiec ładowano w Roads, a on wymyślał na tyrańskie instytucje państwa niemieckiego i wlewał w siebie piwo od rana do wieczora, dzień w dzień, w składzie trunków De Junghi. Ten De Jungha za każdą butelkę brał dukata, nie mrugnąwszy nawet okiem, ale w końcu wziął mnie na bok i krzywiąc swą pomarszczoną twarz, oświadczył mi w zaufaniu: „Interes interesem, ale patrząc na tego człowieka, kapitanie, mam mdłości! Tfu!” Patrzyłem na niego, nie ruszając się z miejsca. Wysunął się trochę naprzód, słońce, padając na niego, dziwnie uwydatniało jego brzuch. Przywiódł mi na myśl małego słonia, chodzącego na tylnych nogach. Był też niezwykle ekstrawagancko ubrany w brudną pidżamę w jaskrawo zielone i pomarańczowe pasy, słomiane poranne pantofle miał wdziane na bose stopy, a czyjś zbyt mały, bardzo brudny kapelusz, przywiązany był sznurkiem na czubku jego wielkiej głowy. Łatwo zrozumieć, że taki człowiek niełatwo może znaleźć kogoś, kto by mu chciał użyczyć swego ubrania. Otóż tak. Biegł on pośpiesznie, nie patrząc ani w prawo, ani w lewo, przeszedł obok mnie i w niewinności serca pośpieszył do biura portowego złożyć zeznania, raport, czy jak tam to nazwiecie.

Okazało się, że w pierwszej instancji zwrócił się do głównego inspektora żeglugi. Archibald Ruthvel właśnie przyszedł i, jak opowiadał, miał zacząć żmudny dzień pracy od porządnego natarcia uszu swemu pomocnikowi. Może kto z was znał go — uprzejmy, mały Portugalczyk, Metys, z chudą szyją, wiecznie mający nadzieję, że wyłudzi coś do jedzenia od kapitanów okrętowych, jakiś kawał solonej wieprzowiny, worek biskwitów8, kartofli, czy coś podobnego. Po jednej podróży, pamiętam, dałem mu żywą owcę pozostałą z zapasów okrętowych, nie dlatego, bym potrzebował, by coś dla mnie zrobił — nie mógłby, wiecie to dobrze — ale dlatego, że ta jego dziecinna wiara w święte prawa łapówki wzruszała mnie. Była ona tak silna, iż stawała się piękna. Rasa — dwie rasy razem — i klimat... Zresztą — wszystko jedno. Wiem, gdzie mam przyjaciela na życie całe.

Otóż Ruthvel opowiadał, że właśnie wygłaszał poważną przemowę — zapewne na temat etyki urzędniczej — gdy usłyszał jakiś ruch za plecami, a odwróciwszy głowę, spostrzegł, takie były jego słowa, coś okrągłego, olbrzymiego, przypominającego ogromną beczkę cukru owiniętą w pasiastą flanelę i rzuconą na środek jego biura. Ze zdumienia przez czas jakiś nie pomyślał nawet, że ta rzecz jest żywa, siedział i dziwił się, w jakim celu i jakim sposobem przedmiot ten postawiono przed jego biurkiem. W drzwiach prowadzących do przedpokoju tłoczyli się ludzie obsługujący wachlarze punkah, zamiatacze, służba policyjna i rozmaitego rodzaju gapie; wyciągali szyje, prawie włazili na plecy jeden drugiemu. Zupełne zbiegowisko. Tymczasem ten jegomość zdołał szarpnięciem kapelusz z głowy i z lekkim ukłonem zbliżył się do Ruthvela, który mówił mi, że widok ten był tak deprymujący, że jakiś czas słuchał, zupełnie nie mogąc zrozumieć, czego to zjawisko żąda od niego. Mówiło głosem ostrym, ponurym i Archibald powoli zaczął się domyślać, że rzecz dotyczy sprawy Patny. Mówił, że gdy tylko zrozumiał, kto przed nim stoi, źle mu się zrobiło, ale prędko opanował się i krzyknął:

— Dość! Nie mogę tego słuchać. Proszę iść do kapitana portu. Ja nie mogę pana wysłuchać. Kapitan Elliot to właśnie człowiek, którego pan potrzebuje. Tędy, tędy.