Skoczył, przebiegł wzdłuż pokoju, pokazywał, ciągnął; tamten zdziwiony, lecz posłuszny z początku, ulegał mu, ale przy drzwiach prywatnego gabinetu jakiś instynkt zwierzęcy rzucił go w tył i zaczął sapać jak przestraszony byk.
— No, no, o co chodzi? Puść mnie pan! Co jest?
Archibald, nie słuchając, otworzył szeroko drzwi.
— Właściciel Patny! — krzyknął. — Wejdź, kapitanie.
Widział, jak zajęty pisaniem starzec tak gwałtownie podniósł głowę, iż spadły mu okulary z nosa; zatrzasnął drzwi i pobiegł do biurka, gdzie rozmaite papiery czekały na jego podpis; ale mówił, że hałas w sąsiednim pokoju był tak straszny, że nie mógł dostatecznie skupić myśli, by przesylabizować własne nazwisko. Archibald jest najwrażliwszym dyrektorem na obu półkulach. Oświadczył, iż zdawało mu się, że rzucił człowieka w paszczę zgłodniałego lwa. Hałas był wielki, to nie ulega wątpliwości. Słyszałem go na dole i miałem pewne dane, by sądzić, że rozchodził się po całej esplanadzie9. Stary papcio Elliot miał ogromny zapas słów i umiał krzyczeć i nic go nie obchodziło, na kogo krzyczy. Krzyczałby na samego wicekróla. Miał zwyczaj powtarzać:
— Doszedłem tak wysoko, jak tylko mogłem, pensję mam zapewnioną. Odłożyłem sobie małą sumkę, a jeżeli nie podoba im się moje pojęcie o obowiązkach, mogę sobie równie dobrze pójść do domu. Jestem starym człowiekiem i zawsze mówiłem, co myślę. Dbam tylko o jedną rzecz, chcę, by moje córki wyszły za mąż, zanim umrę.
Miał małego bzika na tym punkcie. Trzy jego córki były bardzo przystojne, chociaż zadziwiająco do niego podobne, a gdy z rana zbudził się czarno widząc ich matrymonialną przyszłość, całe biuro czytało to w jego oczach i drżało, gdyż, jak mówili, z pewnością kogoś pożre na śniadanie. Ranka tego nie zjadł renegata, ale, jeżeli mogę wyrazić się metaforycznie, przeżuł go na drobne kawałeczki i — a! wypluł go z powrotem.
Za chwilę więc ujrzałem monstrualny brzuch schodzący pośpiesznie z góry i zatrzymujący się o parę kroków przede mną. Potwór zatrzymał się widocznie dla namysłu; jego wielkie purpurowe policzki drżały. Gryzł swój kciuk, a po chwili, ujrzawszy mnie, rzucił długie spojrzenie z ukosa. Trzej jego towarzysze stworzyli małą grupę i zatrzymali się w pewnym oddaleniu. Był tam mały mężczyzna o żółtej cerze, z ręką na temblaku i jakaś długa osobistość w ubraniu z niebieskiej flaneli, sucha jak szczapa, z obwisłymi siwymi wąsami, oglądająca się wokoło z wyrazem ogłupienia. Trzecim był prosto się trzymający, szeroki w plecach młodzieniec z rękami w kieszeniach; odwrócił się tyłem od swych towarzyszy rozmawiających z wielkim ożywieniem. Patrzył na pustą esplanadę. Jakiś trzęsący się wózek stanął naprzeciw tej grupy i woźnica, zakładając prawą nogę na kolano, oddał się krytycznemu oglądaniu swych palców. Młodzieniec, nie ruszając się, nie podnosząc nawet głowy, patrzył w przestrzeń zalaną słońcem. W takich okolicznościach pierwszy raz ujrzałem Jima. Wyglądał tak obojętnie i niedostępnie, jak tylko młodzi mogą wyglądać. Stał tam w czystym ubraniu i o jasnej twarzy, mocno trzymając się na nogach, słońce nigdy nie świeciło chyba jeszcze nad bardziej obiecującym chłopcem; a patrząc na niego, wiedząc wszystko, co on wie i trochę więcej jeszcze, byłem tak zły, jak gdybym odkrył, że chce on coś wydrzeć ze mnie przy pomocy rozmaitych wykrętów. Jak on może wyglądać tak krzepko i zdrowo? Pomyślałem sobie: no, jeżeli tego rodzaju człowiek może tak się zhańbić... czułem, że mógłbym zerwać kapelusz z głowy i deptać po nim z serdecznego zmartwienia — widziałem, jak robił to pewien Włoch, właściciel barki, gdy idiota majtek nie umiał sobie poradzić z kotwicą, zarzucając ją w przystani napełnionej okrętami. Widząc go tak spokojnym i pewnym siebie, zadawałem sobie pytanie: czy on głupi — czy też zatwardziały? Zdawało się, że za chwilę zacznie gwizdać wesołą piosenkę. A zwróćcie tylko uwagę, że nic a nic nie interesowało mnie zachowanie się tamtych. A przecież osobistości te były przedmiotem gawęd publicznych i miały stanąć teraz przed sądem.
— Ten stary wariat, łotr, nazwał mnie psem! — rzekł kapitał Patny.
Nie wiem, czy on mnie poznał — przypuszczam, że tak — w każdym razie nasze spojrzenia się spotkały. Wytrzeszczył oczy, a ja uśmiechnąłem się; pies był to najłagodniejszy epitet z tych, które doszły moich uszu przez otwarte okna.