Opowiedziałem wam te dwa epizody, byście wiedzieli, jak Jim zachowywał się w tych nowych warunkach swego życia. Więcej było tego rodzaju zdarzeń; nie mógłbym ich zliczyć na palcach obu rąk. Wszystkie one zabarwione były tymi absurdalnie szlachetnymi uczuciami nadającymi ich bezsensowi głęboki i wzruszający charakter. Wyrzekanie się chleba powszedniego dla uwolnienia się od szponów napastującego widma może być czynem prozaicznego heroizmu. Inni już wcześniej zdobywali się na to (chociaż my, cośmy przeszli przez życie, wiemy doskonale, że wykolejeńcy rekrutują się nie z cierpiących dusz, lecz z głodnych ciał), a ludzie syci i mający zapewniony chleb, przyklaskiwali temu chlubę przynoszącemu szaleństwu. Jim był istotnie nieszczęśliwy, gdyż ta jego obojętność na przyszłe losy nie mogła go ocalić. Zawsze pozostawała wątpliwość co do jego męstwa. Prawdą jest, że widmo faktu nigdy nie daje się usunąć. Można mu prosto w oczy patrzeć lub się od niego odwracać — natknąłem się na jednego czy dwóch takich, którzy pozostawali w dobrej komitywie ze swoimi widmami. Najwidoczniej Jim nie należał do tego rodzaju ludzi; ale nie mogłem nigdy zrozumieć, czy jego postępowanie miało na celu usuwanie się od tego widma, czy też spojrzenie mu prosto w oczy.

Wytężony mój wzrok duchowy doszedł tylko do zrozumienia tego, że jak we wszystkich naszych czynach złożonych, różnica była tak subtelna, iż nie dawała się określić. Mogło to być ucieczką, mogło też być rodzajem walki. Dla zwykłych umysłów stał się on „toczącym się wiecznie kamieniem” i po niejakim czasie stał się z tego znany, a nawet sławny, w obrębie swych wędrówek (obejmującym jakieś trzy tysiące mil), tak jak dziwak jakiś znany jest w swej okolicy. Ot na przykład w Bangkoku, gdzie znalazł pracę u Braci Yucker, handlarzy drzewem, smutno było patrzeć na niego, jak nosił się z tą starannie ukrywaną tajemnicą, o której ptaki na dachach świergotały. Schomberg, rządca hotelu, gdzie się Jim stołował, kudłaty Alzatczyk, plotkarz niepohamowany, wsparłszy łokcie na stole, raczył każdego gościa opowiadaniem tej ubarwionej historii.

— A wystaw pan sobie, że to najporządniejszy człowiek, jakiego spotkać można — dodawał szlachetnie — człowiek wyjątkowy!

A ponieważ tłumy przewijały się przez zakład Schomberga, dziwić się należy, że Jim wytrzymał w Bangkoku sześć miesięcy. Przekonałem się, że zupełnie obcy ludzie przywiązywali się do niego. Był zamknięty w sobie, ale cała jego postać, włosy, oczy, uśmiech, zdobywały mu przyjaciół, gdzie się tylko pokazał. A nie był wcale głupi. Zygmunt Yucker (pochodzący ze Szwajcarii), poczciwy człowiek, trapiony dyspepsją33 i tak kulawy, że głowa jego przy każdym kroku zataczała krąg, oświadczał, że na tak młode lata Jim „posiada ogromne zdolności.”

— Dlaczegóż na wieś go nie wyślecie? — spytałem, chcąc im poddać tę myśl. (Bracia Yucker mieli koncesję na eksploatowanie lasów) — Jeżeli jest tak zdolny, jak pan powiada, to przyda się wam do takiej roboty. Fizycznie bardzo jest do tego odpowiedni. Zdrowie ma żelazne.

— Ach! — jęknął biedny Yucker — na wsi człowiek może być wolny od dyspepsji.

Zostawiłem go siedzącego przy biurku, usilnie nad czymś rozmyślającego.

Es ist eine Idee. Es ist eine Idee — mruczał.

Na nieszczęście, tego samego wieczoru zdarzyła się nieprzyjemna historia w hotelu. Nie bardzo o to Jima obwiniam, ale był to rzeczywiście bardzo niepożądany wypadek. Do zwykłych gości hotelowych, często robiących burdy, należał zezowaty Duńczyk, na którego karcie wizytowej widniały słowa: „Pierwszy oficer Floty Króla Syjamu.” Ten jegomość nie miał pojęcia o grze w bilard, ale nie lubił przegrywać. Otóż wypił porządnie i ze złości, że już szósty raz przegrywał — pozwolił sobie na pogardliwą uwagę o Jimie. Większość obecnych nie słyszała, co było powiedziane, a ci, co słyszeli, zdawali się tracić wszelkie o tym wspomnienie, widząc natychmiastowe skutki, jakie te słowa wywołały. Szczęściem Duńczyk umiał pływać, gdyż tuż za oknem, prowadzącym na werandę, płynęła szeroka, czarna Menam. Łódź naładowana Chińczykami, pływająca tam bez wątpienia w złodziejskich zamiarach, wydobyła z wody oficera Króla Syjamu, a Jim o północy, bez czapki, znalazł się na pokładzie mego okrętu. „Wszyscy tam zdawali się wiedzieć” — mówił dysząc ze wzruszenia. W zasadzie żałował tego, co się stało, chociaż, jak mówił, „w tym przypadku — nie było wyboru.” Ale przerażało go to, że natura jego nieszczęścia tak znana była każdemu, jak gdyby nieustannie zdradzał się z nią. Rozumie się, że po tym wszystkim nie mógł tam pozostać. Powszechnie napadano na niego za tę brutalną gwałtowność, tak niewłaściwą dla człowieka w jego położeniu; jedni twierdzili, że był pijany do nieprzytomności; drudzy — krytykowali jego brak taktu. Nawet Schomberg bardzo był zirytowany.

— On jest bardzo zacnym młodzieńcem — mówił do mnie — ale i porucznik to okaz pierwszego gatunku. Obiaduje co wieczór przy moim table d’hotel, pan wie. Jeden kij bilardowy złamano. Nie mogę przecież na to pozwolić. Dzisiaj rano pierwszą moją czynnością było pójść i przeprosić porucznika i zdaje mi się, że ja na tym nic nie ucierpię; ale pomyśl pan sobie, gdyby tak wszyscy pozwalali sobie na takie historie! Przecież ten człowiek mógł utonąć! A ja znów nie polecę do pierwszego lepszego sklepu po nowy kij, muszę go sprowadzić z Europy. Nie! nie! Z takim temperamentem nie można dać sobie rady!...