Rozumie się, nie znam tej historii; mogę się tylko domyślać, że niegdyś Patusan był grobem dla grzechów, przestępstw i nieszczęść. Steina podejrzewać nie można. Jedyną kobietą istniejącą dla Steina, była dziewczyna malajska, którą nazywał: „moja żona, księżniczka”, albo rzadziej, w chwilach wynurzeń: „matka mojej Emmy”. Kim była kobieta, o której wspomniał, mówiąc o Patusanie — nie mogę powiedzieć; ale z jego aluzji zrozumiałem, że była to wykształcona, piękna dziewczyna, pół Holenderka, pół Malajka, z tragiczną lub może tylko bolesną historią, do czego niemało przyczyniło się małżeństwo z Portugalczykiem z Malakki, urzędnikiem jednego z domów handlowych w koloniach holenderskich. Ze słów Steina można było wywnioskować, że była to osobistość pod wieloma względami nieciekawa. Jedynie ze względu na żonę Stein dał mu posadę dyrektora w jednej ze stacji handlowych firmy Stein i S-ka w Patusanie; nie przyniósł on jednak żadnej korzyści firmie i teraz, gdy żona umarła, Stein chciał tam osadzić nowego agenta. Portugalczyk ów, imieniem Cornelius, uważał siebie za człowieka zasłużonego, lecz zapoznanego36, którego zdolności wymagały o wiele lepszego stanowiska. Tego człowieka miał zastąpić Jim.

— Ale nie wiem, czy on zechce się usunąć — rzekł Stein. — Jest mi najzupełniej niepotrzebny, to tylko przez wzgląd na żonę... ale ponieważ zdaje mi się, że pozostała córka, pozwolę mu, jeżeli zechce, zostać w starym domu.

Patusan jest oddalonym okręgiem państwa rządzonego przez krajowców; główna osada nosi toż samo miano. W pobliżu rzeki, o jakieś czterdzieści mil od morza, gdzie ukazują się pierwsze domy, nad poziomem lasów wznoszą się dwie strome góry położone blisko siebie i przedzielone głęboką rozpadliną, jakby wyłupaną podczas potężnego kataklizmu. Rozumie się, że rozciągająca się między nimi dolina jest bardzo wąska; patrząc z osady, góry te wydają się ostrosłupem pękniętym na dwoje, z obu połowami lekko od siebie odchylonymi. Trzeciego dnia po pełni oglądałem księżyc z frontu domu Jima (kiedy go odwiedziłem, miał on śliczny domek w stylu krajowym); otóż księżyc wypłynął akurat spoza tych gór, które na jasnym tle uwypuklały się jako czarna masa, następnie w samym przecięciu błysnęła tarcza księżyca, później uniosła się w górę, jak gdyby z tryumfem wydobywała się z rozwartego grobu.

— Cudowny widok — rzekł Jim, stojąc obok mnie. — Warto coś takiego zobaczyć, prawda?

W tym zapytaniu dźwięczała nuta osobistej dumy, która wywołała uśmiech na moich ustach; zdawać by się mogło, że sam przyłożył rękę do urządzenia tego niezwykłego widowiska! Wszakże urządził w Patusanie tyle rzeczy, na które, zdawałoby się, równie nie mógł mieć wpływu jak na ruch księżyca i gwiazd.

Było to trudne do pojęcia, a jednak stanowiło cechę charakterystyczną roli, w którą wepchnęliśmy go ze Steinem bez żadnego określonego zamysłu, chcąc go tylko usunąć z drogi, z jego własnej drogi, rozumie się... To było naszym głównym zamiarem, chociaż przyznaję, że miałem jeszcze inny motyw. Wybierałem się na jakiś czas do domu i dlatego pragnąłem, raczej nie uświadamiając sobie tego w pełni, zadysponować nim — rozumiecie, umieścić go w jakimś pewnym miejscu — zanim go opuszczę. Jechałem do kraju, a on przybył do mnie ze swymi troskami i niejasnymi roszczeniami; było to tak, jakbym słyszał człowieka dyszącego pod ciężarem we mgle. Nie mogę powiedzieć, abym go widział wyraźnie — nawet podczas ostatniego spotkania z nim; ale zdawało mi się, że im mniej go rozumiem, tym więcej jestem z nim związany w imię tej wątpliwości, będącej nieodłączną cząstką naszej wiedzy. Niewiele więcej wiedziałem o sobie. Otóż powtarzam, jechałem do domu — do własnego domu, przy którego ognisku każdy z nas ma prawo zasiąść. Tysiące nas błąka się po powierzchni ziemi, znanych lub nie, zdobywających za morzami sławę, pieniądze lub tylko okruchy chleba; ale zdaje mi się, że dla każdego powrót do domu to jakby zdanie rachunku. Wracamy, by stanąć przed obliczem bliskich, krewnych, przyjaciół — tych, którym winniśmy posłuszeństwo i których kochamy; a nawet ci, co nie mają nikogo zupełnie, wolni, samotni, nieodpowiedzialni, pozbawieni wszystkich związków — lub ci, w których domu nie ma srogich twarzy i znanych głosów — muszą spotkać się z duchem zamieszkującym ich ziemię, obłoki, powietrze, pola, lasy — z niemym przyjacielem, sędzią, natchnieniem! Mówcie sobie, co chcecie, ale chcąc odczuwać radość, oddychać spokojnie, trzeba powracać z czystym sumieniem. Może to się wam wydawać zwykłym sentymentalizmem; ale tak naprawdę niewielu z nas ma ochotę i posiada zdolność sumiennego badania swych wzruszeń. Tam jest ukochana dziewczyna, ludzie drodzy sercu, serdeczność, przyjaźń, uciecha duszy! Ale pozostaje faktem, że nagrody tej dotknąć możecie tylko czystymi rękami, inaczej przemieni się w waszym uścisku w suche liście i ciernie. Myślę, że ci samotni, nie mogący żadnego ogniska lub uczucia nazwać własnym, ci, co wracają nie do domów, lecz do samej ziemi, by się zetknąć z jej bezcielesnym, wiecznym, niezmiennym duchem — najlepiej rozumieją jego surowość, potęgę zbawczą, łaskę, jego odwieczne prawo do naszej wierności i posłuszeństwa. Tak! Niewielu z nas rozumie, ale wszyscy to czujemy, mówię wszyscy, bez wyjątku, bo ci, co nie czują, nie liczą się. Każde źdźbło trawy ma swe miejsce na ziemi, skąd czerpie swe życie i siłę; tak i człowiek ma swe korzenie w kraju, z którego ciągnie wraz z życiem swoją wiarę!

Nie wiem, jak dalece rozumiał to Jim; ale wiem, że czuł, czuł potężnie, lecz niejasno, wymaganie takiej prawdy, czy takiej iluzji — nie dbam o to, jak to się nazywa, gdyż tak mała jest między nimi różnica i tak niewiele znaczy. Dość, że posiadał on cnotę tych odczuć. Teraz miał nigdy nie wrócić do domu. Nigdy. Gdyby był zdolny do malowniczych manifestacji — zadrżałby na samą myśl i was by wprawił w drżenie. Ale on nie był z tego gatunku, chociaż umiał na swój sposób wyrażać swe uczucia. Na myśl o powrocie do domu stawał się rozpaczliwie sztywny i nieporuszony, broda mu się wydłużała, a te niewinne, szafirowe oczy błyskały ponurym ogniem spod ściągniętych brwi, jak wobec czegoś nieznośnego, wywołującego bunt duszy. Pełno było imaginacji w tej twardej czaszce, nad którą gęste, wijące się włosy tworzyły jakby czapkę. Co się mnie tyczy, nie miałem imaginacji (dziś więcej bym wiedział o nim, gdybym ją miał) i nie mam zamiaru wmawiać w was, że sobie wyobrażałem, iż duch mego kraju ukaże mi się nad białymi skałami Dover, (...) by się mnie spytać — co uczyniłem z moim młodszym bratem? Takiej omyłki popełnić bym nie mógł. Wiedziałem doskonale, że należał do rodzaju tych, o których nikt nie pyta; widziałem lepszych — ginących, znikających bez wieści, nie wywołujących żadnej oznaki ciekawości lub żalu. Duch ziemi nie troszczy się o niezliczone życia ludzkie.Biada chodzącym samopas! Istnieć możemy o tyle, o ile trzymamy się razem. On w pewien sposób zabłąkał się, nie trzymał się razem z innymi; ale odczuwał to z takim natężeniem, że stawał się wzruszający, tak jak bardziej natężone życie człowieka czyni śmierć jego bardziej wzruszającą niż śmierć drzewa. Interesował mnie niezmiernie sposób, w jaki się z tego położenia wydobędzie. Zabolałoby mnie, gdyby na przykład zaczął pić. Ziemia tak jest mała, iż lękałem się, ażeby kiedyś nie natknąć się na włóczęgę o błędnych oczach, obrzękłej twarzy, w trzewikach bez podeszew i z wiszącymi łachmanami na łokciach, który na mocy starej przyjaźni poprosi mnie o pożyczkę pięciu dolarów. (...) Podobne spotkania przykrzejsze są dla człowieka wierzącego w solidarność naszych istnień niż widok zmarłego bez sakramentów — dla księdza. Przyznać muszę, że to było jedyne niebezpieczeństwo, jakie przewidywałem dla niego i dla siebie; ale zapomniałem o moim braku imaginacji. Przecież mogła się zdarzyć rzecz o wiele gorsza, ale to przechodziło moją zdolność przewidywania. Nie dał mi zapomnieć, jak dalece był imaginacyjny, a ludzie imaginacyjni w każdym kierunku sięgają dalej, jak gdyby ich kotwica życiowa była obdarzona dłuższą liną. Sięgają tak daleko, że czasami rozpijają się. Być może, iż ubliżałem mu taką bojaźnią. Czy ja to mogę wiedzieć? Nawet Stein nie umiał nic innego powiedzieć poza tym, że go uważa za romantyka. Ja wiedziałem tylko, że on był jednym z naszych. Po cóż, u licha, był romantykiem?

Opowiadam wam moje uczucia i myśli, bo niewiele mam o nim samym do powiedzenia. On istniał dla mnie i tylko przeze mnie istnieje on dla was. Prowadziłem go za rękę, paradowałem z nim przed wami. Czy moje obawy były słuszne? Nie umiem powiedzieć nawet dziś. Wy może lepiej potraficie to osądzić, gdyż, jak mówi przysłowie, widz stojący na uboczu najlepiej rozumie grę. W każdym razie moje obawy były zbyteczne. Życie Jima cudownie się ułożyło, powinienem być zachwycony, bo to jest zwycięstwo, do którego i ja przyłożyłem rękę; ale nie jestem tak zadowolony, jak mógłbym się tego spodziewać. Zadaję sobie pytanie, czy rzeczywiście wyrwał się z tej mgły, w której tonął, biedny, zbłąkany, gorąco pragnący odzyskać skromne swe miejsce w szeregach. A przy tym ostatnie słowo jest jeszcze niedopowiedziane i zapewne nigdy wypowiedziane nie będzie. Czyż życie nasze nie jest za krótkie, by wypowiedzieć się w pełni, choć jest to nieustannie naszym zamiarem? Przestałem wyczekiwać na te ostatnie słowa, których brzmienie, gdyby mogły wybrzmieć, zatrzęsłoby ziemią i niebem. Nigdy nam czasu nie starczy na wypowiedzenie ostatniego słowa — ostatniego słowa naszej miłości, pragnień, wiary, poddania się, buntu. Przypuszczam, że nie dojdzie do wstrząśnięcia niebem i ziemią, przynajmniej nie dokonamy tego my, tak mało wiedzący o sobie samych. Moich ostatnich słów o Jimie będzie niewiele. Przyznaję — dokonał rzeczy wielkich; ale one skarlałyby w opowiadaniu, a raczej przy słuchaniu o nich. Szczerze mówię, to nie słowom swoim nie dowierzam, lecz waszym umysłom. Mógłbym być wymowny, gdybym się nie lękał, że zagłodziliście waszą imaginację dla nakarmienia ciał. Nie chcę was obrażać; nieposiadanie iluzji jest rzeczą szanowną, bezpieczną, korzystną i — smutną. A jednak i wy w swoim czasie musieliście znać całą potęgę życia, ten świetny blask, wytwarzany przy wzajemnym starciu się drobiazgów, tak zadziwiający, jak iskra wykrzesana ze starego kamienia i na nieszczęście — równie krótkotrwały!

Rozdział XXII

Zdobycie miłości, honorów, zaufania ludzkiego i wypływająca stąd duma i potęga, są właściwym tematem dla bohaterskiej opowieści; ale umysły nasze uderza zawsze zewnętrzność takiego powodzenia, a w powodzeniach Jima nie było zewnętrznej strony. Trzydzieści mil lasu kryło go przed wzrokiem obojętnego świata, a huk fal, rozbijających się o wybrzeże, głuszył odgłos sławy. Potok cywilizacji zalewający ziemie o setki mil od Patusanu, rozpadający się na dwie gałęzie: wschodnią i południowo-wschodnią, zostawił sam Patusan, jego równiny, drzewa i ludzi w stanie zupełnego opuszczenia i zaniedbania, jak jakąś nic nieznaczącą, rozsypującą się wysepkę między dwoma ramionami potężnego, rwącego potoku. Nazwę tego kraju spotyka się często w starych opisach podróży. Kupcy w siedemnastym wieku udawali się tam po pieprz; namiętność do pieprzu zdawała się gorzeć wielkim płomieniem w piersiach holenderskich i angielskich awanturników za czasów Jakuba I. Dokąd by się nie udali po pieprz? Za worek pieprzu bez wahania gardła by poprzerzynali jeden drugiemu, zaprzedaliby dusze, o które skądinąd niezmiernie dbali; dziwaczna uporczywość tej żądzy kazała im niejednokrotnie narażać życie na nieznanych morzach, wśród strasznych chorób; sprowadzała na nich rany, niewolę, głód, morowe powietrze, rozpacz! Zarazem czyniła ich wielkimi, bo przecież było bohaterstwem iść przebojem w celach handlowych na spotkanie niemiłosiernej śmierci, trzymającej swą kosę zarówno nad starą, jak i młodą głową. Trudno uwierzyć, by prosta chciwość nadawała ludziom taką wytrwałość w przedsięwzięciu, taką ślepą gotowość na wszelkie ofiary. Bo doprawdy ci, co narażali swe życie, stawiali wszystko, co mieli, na jedną kartę za bardzo marną nagrodę. Swe bielejące kości zostawiali na dalekich wybrzeżach, aby zapewnić dobrobyt żywym, pozostałym w domu. Dla nas, ich szczęśliwszych następców, nabierają jakiejś wzniosłej cechy, nie jako agenci handlowi, lecz jako narzędzia przeznaczenia, pchane w nieznany świat głosem wewnętrznym, impulsem drgającym we krwi, marzeniem o przyszłości. Byli oni zadziwiający i gotowi do rzeczy zadziwiających. W Patusanie znaleźli wielkie zapasy pieprzu i zaimponowała im wspaniałość i mądrość sułtana; ale coś tak po upływie stulecia kraj został powoli wycofany z obrotów handlowych. Może zbrakło pieprzu. Dlaczego tak się stało — nikt się teraz nie interesuje; wspaniałość przeminęła, sułtanem jest głupi młokos z dwoma wielkimi palcami u lewej ręki i niepewnymi, szczupłymi dochodami, wydartymi biednej ludności, a wykradanymi od niego przez licznych wujów.