Te wiadomości mam, rozumie się, od Steina. Mówił mi ich imiona i dał mi krótką charakterystykę każdego. Posiadał o tym kraju tak dokładne wiadomości, jak i sprawozdawca rządowy, tylko że jego wiadomości były zabawniejsze. On musiał wiedzieć o wszystkim. Handlował tak wiele, w rozmaitych okręgach, że na przykład w Patusanie tylko jego firmie wolno było mieć agenturę, za specjalnym pozwoleniem władz holenderskich. Rząd wierzył jego dyskrecji i ustalone było, że całe ryzyko on bierze na siebie. Ludzie, którym dawał tam chleb, rozumieli to również, ale widocznie praca opłacała się im. Dnia tego przy śniadaniu Stein wszystko mi szczerze opowiedział. O ile sądzić mógł z ostatnich wieści, pochodzących zresztą sprzed trzynastu miesięcy, trwoga o życie i mienie była tam chlebem powszednim. W Patusanie działały dwie wrogie siły: jedną z nich przedstawiał radża Allang, najgorszy z wujów sułtana, władca rzeki, łupieżca i złodziej wszystkiego, gnębiący bez miłosierdzia Malajczyków, którzy, najzupełniej bezbronni, nie mieli nawet ucieczki w emigracji, „bo — mówił Stein — dokąd i jak wyrwać by się stamtąd mogli?” Może nawet i nie pragnęli tego. Świat (otoczony wysokimi, nieprzebytymi górami) oddany był w ręce urodzonego władcy, a tego radżę znali: pochodził przecież z ich królewskiego domu! Miałem przyjemność spotkania tego dostojnika w jakiś czas potem. Był to brudny, mały, wyniszczony starzec, ze złośliwością malującą się w oczach i na ustach, co dwie godziny połykał pigułkę opium i wbrew uznanym ogólnie prawidłom przyzwoitości, niczym nie zakrywał włosów, spadających w długich kosmykach na zwiędłą twarz. Gdy dawał posłuchanie, wdrapywał się na rodzaj wąskiej estrady wzniesionej w sali przypominającej zniszczoną stodołę, ze zgniłą bambusową podłogą, przez szczeliny której widać było kupy śmieci i brudu. Tam właśnie i w taki sposób przyjął nas, gdy w towarzystwie Jima złożyłem mu ceremonialną wizytę. Było ze czterdzieści osób w pokoju i może trzy razy tyle na dziedzińcu. Za naszymi plecami trwał nieustanny ruch: wchodzono, wychodzono, pchano się, szeptano. Kilku młodzieńców strojnych w jaskrawe jedwabie przyglądało się z dala, a większość obecnych, złożona z niewolników, pokornych podwładnych, stała półnaga, pokryta błotem, pyłem i brudem. Nigdy nie widziałem Jima tak poważnego, pewnego siebie i niezbadanego. Wśród tych ciemnolicych ludzi jego wyniosła postać w białych szatach, jasne zwoje włosów, zdawały się chwytać wszystkie promienie słońca, przedzierające się przez szczeliny zamkniętych okiennic tej mrocznej sali, której ściany zrobione były z mat, a dach tworzyło słomiane poszycie. Wydawał się istotą nie tylko innego rodzaju, ale stworzoną z innej gliny. Gdyby nie widzieli, jak przypłynął do nich łódką, mogliby przypuszczać, że zstąpił na ziemię z obłoków. Przybył jednak w wątłym korycie, siedząc (bardzo spokojnie, ze zwartymi kolanami, z obawy by się koryto nie przewróciło) na małej skrzynce, którą mu pożyczyłem, piastując na kolanach rewolwer, jakiego zwykle używa się we flocie, również dany mu przeze mnie, dziwnym zrządzeniem Opatrzności lub też wskutek zapomnienia — nienabity. W taki sposób ukazał się Jim na rzece w Patusanie. Nie mogło być nic bardziej prozaicznego, mniej bezpiecznego. Dziwnie, doprawdy, fatalizm jakiś nadawał pozór ucieczki wszystkim jego czynom i skokom w nieznany świat.

Przypadkowość, kierująca jego losami, najbardziej mnie uderzała. Ani Stein, ani ja nie mieliśmy jasnego pojęcia o tym, co się znajduje po drugiej stronie, gdy, mówiąc metaforycznie, podnieśliśmy Jima i przesadziliśmy bez wielkiej ceremonii przez mur. W tamtej chwili pragnąłem tylko, by zniknął ludziom z oczu; w czynie zaś Steina był i uczuciowy pierwiastek. Wystawiał sobie, że spłaca stary dług, o którym nigdy nie zapomniał. Rzeczywiście, całe życie okazywał wiele przyjaźni każdemu, pochodzącemu z wysp Wielkiej Brytanii. Ostatni jego dobroczyńca był, co prawda, Szkotem, nazywał się nawet Mac Neil — a Jim pochodził ze stron południowych; ale w odległości sześciu, czy siedmiu tysięcy mil Wielka Brytania, chociaż nigdy niezmniejszona, skraca się o tyle, że te szczegóły tracą na swym znaczeniu. Zamiary Steina były tak wspaniałomyślne, iż prosiłem gorąco, by na jakiś czas zachował je w tajemnicy. Czułem, że żadne względy osobistej korzyści nie powinny wpływać na Jima; że nawet nie należy się na tę prośbę narażać. Mamy tu do czynienia z innego rodzaju rzeczywistością. Jim pragnął gdzieś się skryć i to, za cenę niebezpieczeństw, miało mu być ofiarowane — więcej nic.

Pod każdym innym względem byłem najzupełniej z nim szczery, a nawet (jak mi się wówczas zdawało) przesadzałem niebezpieczeństwa tego przedsięwzięcia. Okazało się, że było ono istotnie groźne; pierwszy jego dzień w Patusanie omalże nie był ostatnim, stałoby się tak, gdyby przez niedbałość, czy z rozmysłu, dla utrudnienia sobie położenia, nie zostawił rewolweru nienabitego. Pamiętam, że gdy wykładaliśmy mu plan tego, co dla niego obmyśliliśmy, jego upartą rezygnację zastępowało zdziwienie i zainteresowanie, wraz z młodzieńczą gotowością. O takiej okazji marzył. Nie wiedział, czym zasłużył na to, bym ja... czemu zawdzięcza... i to Stein, kupiec, chce... ale to mnie głównie... Nie pozwoliłem mu na dalsze wynurzania się. Nie umiał swej wdzięczności sformułować, a sprawiała mi ona niewypowiedzianą przykrość. Powiedziałem mu, że jeżeli komu tę okazję zawdzięcza, to chyba staremu Szkotowi, o którym nigdy nie słyszał, który umarł przed wielu laty, zostawiając we wspomnieniu niewielu ludzi sławę rzadkiej uczciwości. Właściwie więc nie należą się nikomu jego podziękowania. Stein oddaje pierwszemu lepszemu młodzieńcowi to, co sam od innego w latach młodych otrzymał, a ja tylko to zrobiłem, że wymieniłem jego nazwisko. Na te słowa Jim rozpromienił się i miętosząc w palcach kawałek papieru, powiedział zakłopotany, iż wie, że ja mu zawsze ufałem.

Przyznałem, że tak się rzecz miała i po chwili dodałem, iż pragnę, by szedł za moim przykładem.

— Alboż tak nie uczyniłem? — spytał niepewnym tonem i coś szepnął o braku sposobności, następnie zaczął głośno zapewniać, iż nigdy nie pożałuję, że obdarzyłem go zaufaniem — bo... bo...

— Zechciejże zrozumieć — przerwałem mu — że to nie leży w twojej mocy. Żałować nie będę, a gdyby do tego przyszło, to już moja rzecz. — Starałem mu się wytłumaczyć, że jeżeli zmuszeni byliśmy do tej ostateczności, by go na takie przejścia narażać, to winę przypisać może tylko sobie.

— Jak to? — bąkał. — Przecież jest to właśnie to, o czym ja...

Prosiłem, by nie był tak zagadkowy, a on wyglądał na bardziej niż kiedykolwiek zdumionego.

— Przecież uniemożliwiał pan sobie życie — rzekłem.

— Tak pan sądzi? — spytał zmartwiony, ale po chwili dodał — ale przecież jakoś sobie radziłem, prawda?