Nie można było gniewać się na niego; z uśmiechem powiedziałem mu, że ludzie tak sobie radzący w dawnych czasach byli na dobrej drodze do zostania pustelnikami na puszczy.
— Ee, co tam! — rzekł energicznie. Widocznie puszcza go nie przerażała.
Rad byłem z tego i powiedziałem mu, że miejsce, dokąd się udaje, nielepsze jest od dzikiej puszczy.
— Wiem, wiem — odparł.
— Chciałeś — ciągnąłem dalej — odejść i zamknąć za sobą drzwi...
— A mogę to zrobić? — przerwał mi i jakiś dziwny smutek owionął go od stóp do głów jak cień przesuwającej się chmury.
Mogłem mu dać uroczyste przyrzeczenie, że jakikolwiek będzie jego los, pozostanie nieznany, gdyż kraj, dokąd się ma udać, pozostaje poza obrębem ludzkich interesów. Gdy raz się tam znajdzie — otaczający świat zapomni o nim, jak gdyby nigdy nie istniał.
— Nigdy nie istniał... otóż to, na Jowisza! — szepnął sam do siebie. Jego oczy, utkwione we mnie, błysnęły.
— Jeżeli dobrze zrozumiałeś wszystko — mówiłem — to wskakuj do pierwszej napotkanej dorożki i jedź do Steina po ostateczne instrukcje.
Zanim wymówiłem ostatnie słowo, już go nie było w pokoju.