Niski tuman zawisł przed okrętem — szeroko rozlany, mętno-opalowy, chwiejny tuman, który zdawał się wznosić z milionów ludzkich czół zroszonych potem. Długie wiechcie dymu, zmieszanego z parą, przeplatały go sinymi pręgami; drgał równomiernie z trzepotem milionów serc; szedł z niego jakby jakiś łzawy, bezbrzeżny szept — szept milionów ust modlących się, klnących, poruszanych westchnieniem lub drwiną — odwieczny szept szaleństwa, żalu i nadziei, sączący się z ludzkich mas stłoczonych na nieukojonej ziemi. Narcyz zapuścił się w ten tuman; mrok zgęstniał; ze wszystkich stron słychać było szczęk żelaza, łoskot potężnych uderzeń, krzyki, wycia. Czarne szkuty wlokły się cicho po mętnych falach. Bezładna plątanina okopconych murów zamajaczyła w dymie, złowroga i mroczna, jak widmo zniszczenia. Holowniki manewrowały z okrutnym sapaniem po korycie rzeki, ustawiając okręt naprzeciwko wrót stoczniowej śluzy; z pokładu śmignęły dwie liny, przecinając ze świstem powietrze, i uderzyły o ląd ze złością, jak para wężów. Naraz przed okrętem jakiś most rozpadł się na dwoje, niby za dotknięciem pałeczki magicznej; olbrzymie windugi hydrauliczne zaczęły się obracać same przez się, jakby ożywione tajemniczą siłą. Okręt wjechał w wąski korytarz wodny, ujęty dwiema niskimi, granitowymi ścianami; z obu stron szli po szerokich płytach, dotrzymując mu kroku, ludzie z zahacznymi linami. A przy obu końcach znikającego mostu tłoczyła się niecierpliwa gromada oczekujących: surowe, krzepkie chłopy w czapach; bladolicy panowie w cylindrach; dwie kobiety z gołymi głowami; obdarte dzieci, przyglądające się szeroko otwartymi oczyma. Jakiś wóz, nadjeżdżający ciężkim truchtem, zatrzymał się nagle. Jedna z kobiet krzyknęła w stronę milczącego okrętu — „Hej, Jasiu!” — nie zwracając się do nikogo w szczególności, a wszystka załoga poglądała ku niej z wysokiego jutu.
— Baczność! Baczność — lina! — krzyczeli dozorcy śluzowi, przechylając się z za filarów.
Tłum mruczał, dreptał w miejscu.
— Liny hamulcowe przodka ciskaj! Ciskaj! — wyśpiewał jakiś czerwonolicy staruch na bulwarku.
Zwoje lin ciężko plusnęły w wodę i Narcyz wszedł do stoczni.
Ocembrowane granitem brzegi rozbiegły się na prawo i na lewo przystani prostymi liniami, zamykając kwadrat mrocznej wody. Ceglane, wysokie mury wyrosły nad wodą — bezduszne mury, patrzące setkami okien mętnych jak oczy przesyconych bestii. Skurczone u ich stóp czyhały żelazne dźwigary — z łańcuchami zwieszającymi się z długich szyj — i kołysały drapieżne haki nad pokładami zamarłych okrętów. Powietrzem wstrząsał grzmot kół toczących się po granicie, łomot spadających ciężarów, tartas gorączkowej krętaniny, zgrzyt sprężonych łańcuchów. Kurz ze wszystkich stron świata unosił się w krótkich wzlotach między tymi wysokimi murami; przenikliwy zapach perfum i brudu, korzeni i skór, rzeczy cennych i rzeczy plugawych przesycał powietrze, wytwarzając atmosferę kosztowną i wstrętną zarazem.
Narcyz zajął ulegle swoje łożysko; okwefiły go cienie bezdusznych murów; zasypały mu pokład wszechkontynentalne kurze; chmara obcych ludzi wdrapała mu się na grzbiet i owładnęła nim w imię brudnej ziemi. Przestał żyć.
Jakiś strojniś w czarnym surducie i w cylindrze wskrabał się żwawo, podbiegł ku młodszemu oficerowi, ścisnął jego dłoń i rzekł:
— Jak się masz, Herbercie.
Był to jego brat. Pojawiła się nagle jakaś dama. Prawdziwa dama w czarnej sukni i z parasolką. Wyglądała przy nas niesłychanie elegancko i tak dziwnie, jak gdyby sfrunęła ku nam z nieba. Pan Baker zasalutował po wojskowemu. Żona kapitana. Niebawem kapitan poprowadził ją do zejścia, ubrany wytwornie, świecący białym kołnierzykiem, gorsem i mankietami. Nie poznaliśmy go wcale, dopóki nie odwrócił się z bulwaru i nie zawołał na pana Bakera: