— Pamiętaj pan jutro rano nakręcić chronometry.

Jakaś podejrzana zgraja obdartusów chytrookich włóczyła się tam i sam po kasztelu, poszukując zatrudnienia — jak mówili.

— Prędzej czegoś, co mogliby ukraść — zauważył wesoło Knowles.

Biedne tałałajstwo! Kto by się tam nimi zajmował? Przecież byliśmy w domu! Tylko pan Baker rzucił się na jednego z nich za jakąś hardą odpowiedź, i to nas ucieszyło. Wszystko było takie ucieszne.

— Rufa w porządku, proszę pana — zawołał pan Creighton.

— W zbiorniku nie ma nic wody, proszę pana — odraportował po raz ostatni cieśla, trzymając w ręku sondę.

Pan Baker spojrzał wzdłuż pokładu, po stojących w oczekiwaniu grupach załogi, rzucił wzrokiem w górę, ku rejom.

— Hm! Dobrze, chłopcy — odchrząknął.

Grupy rozprzęgły się. Podróż była skończona.

Przez burtową poręcz zlatywały tłomoki z pościelą; osznurowane kuferki ześlizgiwały się po spustowej kładce; nie było ich dużo.