— Taki Creighton na przykład — snuł dalej swe niezawistne refleksje — dżentelmen skończony... huk przyjaciół... ten pójdzie wgórę. Młody chwat... cokolwiek więcej doświadczenia...

Wstał i otrząsnął się.

— Jutro raniutko powrócę tu dojrzeć luk. Słyszycie, stróżu? Nie pozwalajcie tu nikomu dotykać się czegokolwiek, zanim nie będę z powrotem — rzekł głośno. Zaczem oddalił się na brzeg, ostatni, jak przystało na wzorowego naczelnego oficera.

Czeladź, rozproszona przez zetknięcie się z rozpustnym lądem, zebrała się raz jeszcze do kupy w biurze okrętowem.

— Narcyz wypłaca! — krzyknął przed oszklonymi drzwiami stary służbista w mundurze zapiętym na mosiężne guziki z koroną i literami B. T.4 na lampasie czapki. Gromada wtoczyła się hurmem, a za nią wchodzili spóźnieni maruderzy. Biuro stanowiła obszerna izba o bielonych, gołych ścianach; płatniczy stół, otoczony mosiężną kratą, zajmował trzecią część zakurzonej izby; za kratą siedział urzędnik o twarzy jak z ciasta, z rozdziałem przez środek głowy; miał ruchliwe, błyszczące oczy i ożywione, porywcze ruchy, jak ptak w klatce. Siedział w niej i biedny kapitan Allistoun przy małym stoliku z rulonami złota i paczkami banknotów, i zdawał się przygnębiony tą niewolą. Inny ptak z Wydziału Handlowego gnieździł się na wysokim stołku blisko drzwi: stary szpak, który nie robił sobie nic z tego, co plotą ci podnieceni żeglarze. Załoga Narcyza, rozdrobniona na osobne garstki, tłoczyła się po kątach. Mieli na sobie nowe ubrania lądowe: szykowne kurtki, jakby wyciosane toporem, spodnie o bajecznym połysku, niby wygięte z blachy, koszule flanelowe bez kołnierzyków i nowe, błyszczące buty. Poklepywali się po plecach, chwytali za guziki, pytając: „Gdzie dziś nocowałeś?” — Szeptali z ożywieniem, uderzali się po udach, tupali nogami, parskając zduszonym śmiechem. Większość miała twarze wymyte, jaśniejące, tylko paru było zaniedbanych i smutnych; dwaj młodzi Norwegowie wyglądali czysto i potulnie — obiecujący materiał dla dobrotliwych dam-opiekunek Gospody Skandynawskiej. Wamibo, jeszcze w swoim odzieniu roboczym, stał, marząc, na środku pokoju, wyprostowany i pleczysty; przy wejściu Archiego ocknął się z uśmiechem. Ale tymczasem gruntownie trzeźwy kantorzysta wykrzyknął czyjeś nazwisko i zaczął się obrządek wypłaty.

Jeden za drugim podchodzili do stołu odebrać należność za swój mozół, chwalebny, choć nie rozgłośny. Uważnie zgarniali pieniądze w szerokie garście, rozładowywali je ufnie po kieszeniach spodni, lub, stojąc tyłem do stolika, przerachowywali z trudnością na sztywnych dłoniach.

— Zgadza się? Proszę pokwitować. Tu — tu — powtarzał niecierpliwy kantorzysta. — Co za głupi naród ci żeglarze — myślał.

Singleton zbliżył się do stołu, majestatyczny — cokolwiek niepewny siebie w tym oświetleniu; ciemne krople tytuniowego soku kalały białość jego brody; ręce, które nigdy nie zadrżały w pełni słonecznego blasku na otwartym morzu, teraz ledwie mogły odnaleźć maleńki stosik złota w tej głębokiej ciemności lądu.

— Pisać nie umie? — rzekł zgorszony kantorzysta. — W takim razie proszę zrobić znak.

Singleton z wysiłkiem nabazgrał podobieństwo krzyża, przy czym zrobił kleks.