— Cóż za obrzydliwy stary hipopotam! — mruknął kantorzysta.
Ktoś otworzył drzwi przed sędziwym morskim patriarchą, który chwiejnym krokiem wytoczył się spośród nas, nie obdarzywszy nikogo ani jednym spojrzeniem.
Archie miał pugilares5, za co wzięto go na języki. Belfast, na którym było znać, że zaglądał już do jednej albo dwu gospód, roztkliwił się i poprosił kapitana o chwilę rozmowy w sprawie osobistej. Kapitana zdziwiło to żądanie. Rozmowa toczyła się przez kraty i słyszeliśmy jak kapitan mówił:
— Przekazałem to Wydziałowi Handlowemu.
— Tak bym pragnął coś z tego zatrzymać — plączącym się językiem molestował Belfast.
— Ależ człowieku, nie można. Trudno i darmo. Te rzeczy, zamknięte i opieczętowane, znajdują się w Urzędzie Morskim — tłumaczył się kapitan, i Belfast wreszcie odszedł z płaczliwie przekrzywionymi ustami i mętnym wzrokiem. Podczas przerwy w płaceniu, widzieliśmy, że kapitan coś mówił z kantorzystą. Posłyszeliśmy: „Dżems Wait — zmarł — nie ma żadnych papierów — nikogo z rodziny — żadnego śladu — jego zarobek musi pozostać w depozycie Urzędu”.
Wszedł Donkin. Zdyszany był, lecz poważny, i miał wygląd człowieka zajętego niezmiernie ważnymi sprawami. Nie zwlekając, podbiegł do stolika i zawiązał ożywiony dialog z kantorzystą, który uznał go za inteligenta. Omawiali sprawę porachunku w sposób nader przyjacielski, sadząc się jeden przez drugiego na piękną wymowę z połykaniem litery „H”. Kapitan Allistoun wypłacał.
— Uwalniam cię ze złym świadectwem — rzekł spokojnie.
Donkin podniósł głos.
— Ja nie potrzebuję żadnego głupiego świadectwa — proszę je schować. Zakładam interes na lądzie.