Kapitan Allistoun, po raz pierwszy od chwili wywrócenia się okrętu, obrzucił załogę krótkim spojrzeniem. Był prawie zupełnie wyprostowany. Postawił jedną nogę na ramie okiennej luki, a kolanem drugiej oparł się o pokład i, omotany w pasie końcem liny gafowej — kołysał się naprzód i w tył, ze wzrokiem utkwionym przed siebie, jakby wypatrywał sygnału. Przed jego oczami okręt — z pokładem na wpół zatopionym — wznosił się i opadał na wielkich falach, które wybiegały spod niego, lśniąc w zimnym blasku słońca. Zaczęła w nas kiełkować myśl, że ten nasz korab jest bądź co bądź zadziwiającym pływakiem. Rozległy się głosy wezbrane ufnością — „Wytrzyma, chłopcy!” — Belfast krzyknął z ferworem — „Oddałbym miesięczny lon za jedno pociągnięcie z fajki!” Ten i ów, zwilżając językiem słoną wargę, pomrukiwał coś o „łyku wody”. Kucharz, jakby tknięty przeczuciem, wygramolił się, wsparł się piersiami o stągiew z wodą i zajrzał. Było trochę wody na dnie. Zawył, machając rękami, i zaraz dwu ludzi zaczęło czołgać się z dzbankiem tam i z powrotem. Dostało się każdemu z nas po dobrym łyku. Kapitan pokręcił niecierpliwie głową i odmówił. Kiedy przyszła kolej na Charleya, jeden z jego sąsiadów zawołał:
— Ten utrapiony chłopak śpi!
Spał jak po dawce narkotyku. Dali mu spokój. Singleton trzymał się jedną ręką za koło i pił, nachyliwszy się w celu zabezpieczenia ust od wiatru. Wamibo nieprędko dojrzał kubek przed oczyma: trzeba go było ocucić trąceniem i krzykiem. Knowles zauważył roztropnie — „Lepsza to rzecz niż kapka rumu”. Pan Baker chrząknął: „Dziękuję wam”. Pan Creighton wypił i kiwnął głową. Donkin żłopał chciwie, łypiąc okiem spoza wrębu kubka. Belfast pobudził nas do śmiechu, wykrzywiając gębę i krzycząc — „Puszczajcie ten kubek w kolej. Wszyscy tu jesteśmy abstynentami”. Do kapitana znowu się któryś podczołgał, wołając: „Piliśmy już wszyscy, kapitanie”. Wówczas kapitan uchwycił kubek, wychylił go i zwrócił sztywnym ruchem, wciąż patrząc przed siebie, jakby ani na chwilę nie mógł zboczyć wzrokiem od statku. Porozjaśniały się twarze. — „Świetnie się spisałeś, doktorze!” — huknęliśmy kucharzowi. Siedział pod wiatr, wsparty o stągiew, i coś nam wymownie odkrzykiwał, lecz rozległ się grzmot fal i pochwyciliśmy tylko oderwane dźwięki w rodzaju: „Opatrzność” i „wskrzeszeni z martwych” — Wrócił znów do swej manii kaznodziejstwa. Posyłaliśmy ku niemu przyjaźnie-drwiące gesty, a on, uczepiony jedną ręką, wywijał drugą i poruszał ustami, promieniejąc: natężał głos z wielką powagą, uchylając głowę przed bryzgami.
Nagle ktoś wrzasnął:
— A gdzie Jimmy?
Przeraziliśmy się ponownie. Bosman, który był na samym końcu, jął nawoływać ochrypłym głosem:
— Czy tam nikt nie widział go wychodzącego?
Sypnęły się ponure odpowiedzi:
— Może utonął?
— Nie, jest w swej kajucie.