Bosman z rozkazującym — „Trzymać tam!” spuścił nam linę. Przywiązaliśmy do niej rzeczy, które, wirując, umykały sprzed naszych oczu na zawsze. Opanował nas szał wyrzucania przedmiotów. Harowaliśmy gorączkowo, raniąc sobie ręce i nawzajem sobie złorzecząc. Jimmy nie przestawał krzyczeć przeraźliwie i bez przerwy, jak torturowana kobieta; łomotał rękami i nogami. Śmiertelny jego strach ściskał nam serca tak okropnie, że pragnęliśmy porzucić go tam, wyleźć z tego miejsca, głębokiego jak studnia i chwiejnego jak drzewo, byle nie słyszeć tych krzyków i powrócić na tylny pokład, gdzie mogliśmy w niezrównanym spokoju oczekiwać biernie śmierci.
— Na miłość boską, zamknij gębę! — wyliśmy ku niemu. Ale on jął się drzeć w dwójnasób głośniej. Może wydało mu się, że go nie słyszymy. Może swój własny głos ledwie słyszał. Wyobrażaliśmy go sobie, jak skurczony po ciemku na górnej koi chce wybić kułakami ścianę i jak w tym nieustannym krzyku rozdziera usta. Okropne to były chwile. Gdy chmura zakrywała słońce, otwór drzwi zasnuwał się groźnym cieniem. Każdy ruch okrętu sprawiał nam katusze. Pełzaliśmy tam i sam, brakło nam powietrza i ogarniało nas śmiertelne znużenie. Bosman wrzeszczał ku nam:
— Zwijać się tam! Woda porwie nas obu, jeśli się nie pospieszycie.
Trzy razy fala wdzierała się przez wysoką ścianę i lała się nam na głowy jak z kubła. Wówczas Jimmy, wstrząśnięty zachwianiem się okrętu, przerywał swój krzyk — myśląc snać, że już tonie — i po chwili znów zaczynał wyć jeszcze okropniej, jakby ta straszna myśl dodała mu siły. Na spodzie leżała warstwa gwoździ gruba na parę cali. Widok ten przejmował dreszczem. Zdawało się, że wszystkie gwoździe z całego świata, nigdzie niewbite, znalazły drogę do tej szopy ciesielskiej. Było tu ich, w każdym gatunku, zapas, który pozostał z siedmiu podróży. Więc sztyfty cynowe, mosiężne ćwieki ostre jak igły, gwoździe do pomp o dużych łbach, na kształt małych grzybków żelaznych; okropne gwoździe bez głów i wysmukłe gwoździe francuskie. Leżały kłębem kolczastym, niedostępniejszym od jeża. Zwlekaliśmy, oglądając się za jakąś szuflą, a tymczasem Jimmy ryczał pod nami, jak gdyby darto z niego skórę. Stękając, zaczęliśmy rozgarniać ten stos garściami i otrząsaliśmy z palców gwoździe razem z kroplami krwi. Nabieraliśmy pełne czapki tych ćwieków i podawaliśmy je bosmanowi, który rozsypywał je precz po morzu, jakby wykonywując pewien tajemniczy rytuał ofiarny dla uspokojenia jego wściekłości.
W końcu dotarliśmy do przepierzenia. Składało się z potężnych dylów. Narcyz był zbudowany przednio pod każdym względem. Dyle były grube, najgrubsze, jakich — według naszego mniemania — użyto kiedykolwiek do budowy przepierzeń okrętowych, i spostrzegliśmy się, że za prędko powyrzucaliśmy w morze wszystkie narzędzia. Ten mały wartogłów, Belfast, usiłował złamać taki dyl ciężarem swego ciała i skoczył nań obiema nogami, jak kozieł skalny, przy czym zwymyślał zbyt sumienną Clydę, która wypuszcza ze swego warsztatu dzieła tak mało fuszerskie. Przy tej sposobności zelżył północną Brytanię, całą resztę lądu, morze — i wszystkich swych kolegów. Skacząc ciężkimi obcasami po desce, przysięgał, że już nigdy a nigdy nie będzie się stowarzyszał z jakimś głupcem, który „nie ma tyle dowcipu, żeby odróżnić kolano od łokcia”. Swoim tupotaniem osiągnął tylko to, że Jimmy zgłupiał do reszty. Słyszeliśmy, jak przedmiot naszej zawziętej troskliwości miotał się pod deskami. Ochrypł nareszcie tak, że dochodził do nas tylko jakiś żałosny pisk. Plecami, czy też może głową, szorował to tu, to tam, w zagadkowy sposób. Piszczał wciąż, wymierzając niewidzialne stuknięcia. Było to bardziej rozdzierające od jego wrzasku. Nagle Archie pokazał nam łom — wraz z niedużym toporkiem — które to rzeczy uchronił od wyrzucenia. Ryknęliśmy z radości. A on zamachnął się i ciął, że aż wióry skakały nam do oczu. Bosman wykrzykiwał z góry — „Uwaga tam! Żeby go nie zarąbać! Lekko tam!” Wamibo, oszalały z podniecenia, zwiesił ku nam głowę i naglił nas, jak wariat — „Dalej-że go! Hej ha! Dalej-że go!” Byliśmy w strachu, że spadnie i utrąci którego z nas, więc krzyknęliśmy natychmiast bosmanowi, żeby tego przeklętego Fina wrzucił do wody. Potem wszyscy razem zaczęliśmy ryczeć w ścianę przepierzenia — „Odstąp się tam! Odejdź naprzód!” — i wytężyliśmy słuch. Lecz słychać było tylko szum i zawodzenie wiatru nad nami, oraz huk syczących fal. Okręt, jakby zdjęty rozpaczą, zataczał się beznadziejnie, a nam od tego niesamowitego huśtania kręciło się w głowach. Belfast darł się — „Jimmy, na miłość boską, gdzie jesteś!... Pukaj! Drogi Jimmy! Pukaj! Ty czarny przeklęty bydlaku! Pukaj!” Grobowa cisza. A nam zbierało się na płacz, jak gdybyśmy stali nad mogiłą; ale tylko dlatego, że byliśmy strudzeni ponad miarę, że mieliśmy już tego wszystkiego dosyć, że pragnęliśmy odejść, lec gdziekolwiek spokojnie i patrzeć niebezpieczeństwu w oczy, i odpocząć. Archie wrzasnął — „Odstąp”! Skurczyliśmy się za nim, chroniąc głowy, a on ciął raz za razem w spojenie desek. Trzasły. Naraz łom do połowy zagłębił się w podługowatym pęknięciu, bodaj że o cal tylko ponad głową Jimmy’ego. Archie cofnął spiesznie łom, a ten niecny Murzyn przypadł ustami do wyłomu i ledwie dosłyszalnie szeptał — „Ratunku!” Przyciskał głowę, jak obłąkaniec, do tej deski z otworem, na cal szerokim i trzy cale długim, jakby chcąc się weń wcisnąć. Byliśmy do cna wyczerpani i to jego niewiarogodne zachowanie się obezwładniło nas zupełnie. Zdawało się, że niepodobna go usunąć. Nawet sam Archie stracił w końcu cierpliwość.
— Jeżeli nie odleziesz stamtąd, przebiję ci tym łomem czaszkę na wylot! — krzyknął stanowczym głosem. Czuło się, że gotów był to zrobić, i to wywarło na Jimmy’m wrażenie. Znikł natychmiast, a my zaczęliśmy burzyć i rozrywać ścianę, jak gdyby nas popychał wściekły gniew i chęć przedostania się do śmiertelnego wroga, aby go rozszarpać na strzępy.
Wreszcie deska trzasła i ustąpiła. Belfast wetknął w wyłom głowę i ramiona — macał na chybi trafi. — „Mam go! Mam go! — krzyknął — O! Teraz urwał się! Mam go znów!... Ciągnij mnie za nogi!... Ciągnij!” Wamibo hukał wciąż swoje „Hej, ha!” Bosman wykrzykiwał rady kierownicze — „Chwyć go za włosy, Belfaście! Wy dwaj — ciągnąć!... Ostro szarp!” Szarpnęliśmy ostro. Wyszarpnęliśmy tylko Belfasta i zaraz puściliśmy go z pogardą, aż przysiadł i, zaczerwieniony, jął desperacko szlochać. — „Jakże miałem go utrzymać za tę krótką jego wełnę przeklętą?” Nagle pojawiła się głowa Jimmy’ego i plecy. Tkwił przez pół w otworze i pienił się u naszych nóg, tocząc oczyma. Cisnęliśmy się nań z brutalną niecierpliwością, zdarliśmy zeń koszulę, sapiąc, holowaliśmy go za uszy; naraz podał się i został nam w ręku, jak gdyby puszczony przez kogoś, trzymającego go za nogi. Nie zwalniając rozmachu, tym samym pociągnięciem wywindowaliśmy go w górę. Sapał, kopał nas po zadartych twarzach, wreszcie pochwycił dwie pary ramion nad swoją głową i wydostał się z taką szybkością, że zdawał się umykać z rąk naszych, jak pęcherz napełniony gazem. Ociekając potem, wdrapaliśmy się po linie na pokład, ale tu dmuchnął w nas zimny wicher i zaparł nam oddech, jak przy zanurzeniu w lodowatej wodzie. Z wypiekami na twarzach dygotaliśmy do szpiku kości. Burza nigdy przedtem nie wydała się nam wścieklejsza, morze — bardziej szalone, słońce — nielitościwsze i bardziej szydercze, a sytuacja okrętu — rozpaczliwsza i bardziej beznadziejna. Każdy ruch statku zdawał się nam zwiastować kres jego agonii, a początek naszej. Zatoczyliśmy się ode drzwi w tył i, zachwiani raptownym rzutem, zwaliliśmy się wszyscy na kupę. Gładka ściana przybudówki zdała się nam gładsza niźli szkło i bardziej śliska niż powierzchnia lodu. Nie było się czego uczepić, oprócz długiego mosiężnego haka, używanego czasem do przytrzymywania otwartych drzwi. Wamibo chwycił zań, my za Wamiba, cisnąc do siebie Jimmy’ego. Ten zaś obecnie zmartwiał tak, że prawie nie mógł zewrzeć dłoni. Podpieraliśmy go w obłędnym strachu. Nie było obawy, że Wamibo puści hak (dryblas ten był silniejszy od trzech ludzi razem), jednak lękaliśmy się, że hak nie strzyma, jak również sądziliśmy, że okręt postanowił raz wreszcie do góry dnem się wywrócić. Nie przewrócił się jednak. Przeszorowała po nas fala. Bosman wrzasnął na całe gardło — „Teraz, albo nigdy! Jest folga. Dalej na rufę, albo zginiemy tu do wszystkich diabłów!” Powstaliśmy, otaczając Jimmy’ego. Błagaliśmy go, aby stanął na nogi, aby przynajmniej się nas trzymał. Wlepiał w nas wyłupiaste oczy, milczał jak ryba i wydawał się stworzeniem zgoła bezkostnym. Nie chciał się wyprostować; ba, nawet nie chciał się trzymać naszych karków, był to tylko jakiś zimny, czarny miech skórzany, wypchany luźno miękką bawełną; jego ręce i nogi zwisały, jakby pozbawione stawów, głowa chwiała mu się na wszystkie strony; potworna dolna warga zwisała ciężko. W przerażeniu i udręce zbiliśmy się wokół niego; ochranialiśmy go, zataczając się, jak jedno ciało; i na samym progu wieczności słanialiśmy się wszyscy razem w idiotyczny i tajemniczy sposób, niby banda opojów, niewiedząca co począć z wykradzionym trupem.
Należało coś przedsięwziąć. Zadaniem naszym było przetaszczyć go na rufę. Przewlekliśmy mu pod pachami linę, z narażeniem życia wspięliśmy się wyżej i zawiesiliśmy go na rabandowej pętli przedniego masztu. Nie odzywał się ani słówkiem; wyglądał opłakanie i śmiesznie, jak lalka, z której wysypała się połowa trocin. Ruszyliśmy w niebezpieczną podróż po głównym pokładzie, wlokąc za sobą troskliwie tę żałosną, obwisłą, nienawistną kukłę. Ciężar jej nie był zbyt wielki, ale gdyby ważył i tonę, nie byłoby go trudniej obracać. Podawaliśmy go sobie jeden drugiemu literalnie z rąk do rąk. Kiedy niekiedy musieliśmy go zaczepiać o jakiś kołek podręczny, żeby nieco wytchnąć i zmienić następstwo szeregu. W razie złamania się kołka, niechybnie poszedłby na dno Południowego oceanu, ale niepodobna było uniknąć tego ryzyka. W pewnej chwili, snać uprzytomniwszy sobie rzecz całą, zajęczał z cicha i z wielkim trudem zdobył się na kilka słów. Nastawiliśmy żywo uszu. Jął nam wymawiać, że tak lekkomyślnie i ryzykownie narażamy go na podobne niebezpieczeństwa. — „Właśnie teraz, kiedym się stamtąd wydostał” — usłyszeliśmy jego cichy szept. „Stamtąd” — miało oznaczać jego kajutę. I wydostał się z niej sam! My w tej sprawie nie znaczyliśmy nic, najwidoczniej... Mniejsza o to... Ruszyliśmy znów, narażając go w dalszym ciągu, ponieważ nie mogło być inaczej. Chociaż nienawidziliśmy go wtedy bardziej niż kiedykolwiek — bardziej niż cokolwiek bądź na świecie — nie mogliśmy go odstąpić. Jak dotąd, zawdzięczał nam ratunek; była to sprawa osobista między nami i morzem. Postanowiliśmy wytrwać. Gdybyśmy (przypuszczając tę rzecz niemożliwą), podjęli byli taki mozół dla uratowania pustej baryłki, stałaby się dla nas równie drogocenna jak ten Jimmy. Ba, nawet drogocenniejsza, gdyż nienawidzić baryłki nie mieliśmy powodu, a Jimmy’ego nienawidziliśmy. Nie mogliśmy się pozbyć potwornej myśli, że ów zdumiewający negr był chory tylko pozornie, że naigrawał się bezlitośnie z trudów naszych, z naszej pogardy, z cierpliwości naszej, i że teraz, wobec naszego poświęcenia się, urągał nam — w obliczu śmierci. Nasza chwiejna i niedokształcona moralność wzdrygała się ze wstrętem wobec jego niemęskich kłamstw. Ale on z męskim uporem trzymał się ich — nad podziw wiernie! Nie! To niepodobna! Toż przecie dobiegał kresu dni swoich. Jego zrzędność wynikała tylko z odczuwania przy sobie niezłomnej, wyzywającej śmierci. Z podobnym kamratem przy boku zgorzkniałby każdy człowiek. Ale w takim razie, co warci byliśmy my, z naszymi myślami. Oburzenie i powątpiewanie zmagały się w nas, depcąc po naszych najsubtelniejszych uczuciach. Nienawidziliśmy go za naszą podejrzliwość; wstrętny był nam za nasze o nim powątpiewanie. Nie mogliśmy z czystym sumieniem oddać go na łup naszej pogardzie — nie mogliśmy się nad nim litować, nie narażając na szwank naszej godności. Więc, nienawidząc go, podawaliśmy go sobie pieczołowicie z rąk do rąk. I wołaliśmy — „Trzymasz go?” — „Tak. Dobra. Puszczaj go”. A on wędrował tak od jednego nieprzyjaciela do drugiego, ujawniając tyleż życia, co stary materac. Oczy jego stanowiły dwie wąskie, białe szparki na tle czarnej twarzy. Oddychał powolnie i, wypuszczając dech ustami, sapał jak miech. Wreszcie dotarliśmy do schodków pomostu — względnie zacisznego miejsca — i znużoną czeredą pokładliśmy się tam, żeby cokolwiek odpocząć. Zaczął coś pomrukiwać. Zawsze byliśmy nieuleczalnie ciekawi, co on ma do powiedzenia. Tym razem wykrztusił płaczliwie:
— Dużo czasu potrzebowaliście, żeby mnie odszukać. Jużem myślał, że wasza zacna kompania poszła na dno. Co wam stało na przeszkodzie? Hę? Tchórzliwość?
Nie odpowiedzieliśmy ani słowa. Z westchnieniem podjęliśmy pracę windowania go dalej. Tając w duszy gorącą chęć, by zbić mu łeb pięściami na kwaśne jabłko, obchodziliśmy się z nim troskliwie, jak gdyby był ze szkła.