Porywczy Belfast nagłym ruchem uwolnił się z więzów i zsunął się błyskawicznie pod hyz — na stronę podwietrzną. Wydaliśmy okrzyk trwogi, lecz on trzymał się jakoś, mając nogi za burtą, i ryczał, żeby mu rzucono linę. W naszym położeniu żadna rzecz nie mogła już być straszna, więc osądziliśmy, że ten fikający nogami człowiek, z przerażoną twarzą, jest zjawiskiem nader uciesznym. Ktoś parsknął śmiechem i naraz wszyscy ci wybladli nędzarze, jakby dotknięci histerycznym napadem wesołości, zaczęli trząść się, rechotać i dziko wywracać oczyma, rzekłbyś — gromada furiatów, poprzywiązywanych do ściany. Pan Baker zwiesił się ze swego stojaka od busoli i wyciągnął ku niemu nogę. Belfast wgramolił się do góry i, aczkolwiek wystraszony, nie omieszkał wystosować do nas brutalnych słów, polecających nas diabłu.
— Ty masz pełną gębę plugastwa, Craik, trutniu jeden — burczał pan Baker.
W odpowiedzi tamten jął bełkotać z oburzeniem:
— Im niech pan wymyśla, nie mnie. Spojrzeć tylko na ich portrety diabelskie! Śmieją się z tonącego kamrata! I to są mężczyźni!
Ale bosman krzyknął z pomostu — „Właź tutaj!” i Belfast czym prędzej jął wdrapywać się ku niemu na wyżkę. Pięciu ludzi, z trudnością utrzymując równowagę i spozierając z za krawędzi pomostu, wypatrywało, w jaki sposób można by najlepiej posunąć się naprzód. Zdawali się wahać. Inni, poruszając się z wysiłkiem w oplocie lin, patrzyli z otwartymi ustami. Kapitan Allistoun nie baczył na to wszystko, oczyma swymi trzymał, zda się, okręt na powierzchni jakąś nadludzko ześrodkowaną siłą. W słonecznej jasności huczał wiatr; słupy bryzgów wznosiły się prostopadle, a w migotaniu tęcz, których łuki wykwitały nad rozchybotanym kadłubem statku, sunęli ostrożnie marynarze i znikali z oczu.
Huśtając się od czopów do wiązadeł, posuwali się wierzchem fal, które chlustały o pokład zanurzony do połowy. Palce ich nóg drapały pokład. Lodowata woda zielonymi strzępami zalewała burtę i lała się im na głowy. Przez chwilę zwisali na wyprężonych rękach, z zapartym oddechem i zamkniętymi oczyma — potem, puściwszy jedną rękę, bujali się ze zwieszonymi głowami, usiłując złapać nieco dalej jakąś linę albo podpornicę. Długoręki, atletyczny bosman przerzucał się szybko, czepiając się przedmiotów pięścią twardą jak żelazo, a przez głowę migały mu urywki listów od „starej”. Mały Belfast czołgał się zapalczywie, mrucząc: „Przeklęty Murzyn”. Wamibo w podnieceniu wywiesił język; Archie zaś, nieustraszony i spokojny, roztropnie i bez gorączki wyczekiwał na sposobność wykonania odpowiedniego ruchu.
Gdy się znaleźli nad ścianą nadbudówki, spuścili się jeden po drugim, ciężko padając, i pełzli, przyciskając dłonie do gładkiego tekowego drzewa. Wokół nich kotłował się i dyszał biały nakip fal. Wszystkie drzwi, naturalnie, stały się drzwiami potrzasków. Pierwsze były drzwi kuchenne. Kuchnia zajmowała rozległą przestrzeń od boku do boku, i można było słyszeć, jak dudni tam woda. Następne drzwi były drzwiami do warsztatu, który zajmował cieśla. Podnieśli je i zajrzeli w dół. Pomieszczenie to wyglądało jak po trzęsieniu ziemi. Wszystko tam było zwalone na przepierzenie, na wprost drzwi, a po drugiej stronie tego przepierzenia — martwy, czy żyw — znajdował się Jimmy. Ławka, szafka niewykończona na mięso, piły, dłuta, pęki drutu, siekiery, sztamajzy — wszystko to leżało na kupie, naszpikowane porozsypywanymi gwoździami. Ostry topór bednarski sterczał świecącym ostrzem, zwróconym ku nam, jak błysk złośliwego uśmiechu. Patrzący tłoczyli się jeden przez drugiego i zaglądali w dół. Mdlący, podstępny wstrząs okrętu o mały włos nie zrzucił ich wszystkich w morze.
Belfast krzyknął: „Jazda!” i skoczył na dół. Archie za nim, ale roztropnie chwycił się półek, które załamały się pod nim z trzaskiem i w ten sposób ułatwiły mu zejście. Trzech ludzi ledwie się tam mogło pomieścić. W rozsłonecznionym kwadracie drzwi rysowało się nad nimi oblicze bosmana, brodate i ciemne, i blada, dziwaczna twarz Wamiba.
Wszyscy wołali równocześnie: „Jimmy! Jim!”
Z góry rozlegało się tubalne warczenie bosmana — „Ty... Wait!” W przestanku Belfast intonował błagalnie — „Jimmy! Najdroższy Jimmy — czy żyjesz? Bosman rzekł: „Jeszcze raz, chłopcy! Wszyscy razem!” Zawyliśmy energicznie. Wamibo wydawał z siebie dźwięki podobne do głośnego szczekania. Belfast kawałem żelaza bębnił w ścienną dekę. Raptem przerwali. Ale krzyk i stukanie nie ustawały, wątłe i wyraźne, jak śpiew solowy, następujący po chórze. Więc żył! krzyczał oto i kołatał pod nami gorączkowo, jak człowiek złożony przedwcześnie do trumny. Wzięliśmy się do dzieła. W rozpaczliwym ataku rzuciliśmy się na ów ohydny stos rzeczy ciężkich, rzeczy ostrych, rzeczy trudnych do poruszenia. Bosman popełznął, szukając jakiegoś kawałka liny; zaś Wamibo, powstrzymany wołaniami: „Nie skacz! Nie złaź tu, barania głowo!” gapił się na nas z góry; błyszczące oczy, świecące białością kły i nastroszona czupryna czyniły go podobnym do zdumionego i ogłupiałego czarta, patrzącego na jakiś niezwykły rozruch wśród potępieńców.