— Co on tam przeskrobał?

Niektórzy parsknęli nawet śmiechem. Powiał jakiś wiew nadziei — echo spokojnych czasów. Donkin, ogłupiały ze strachu, ożywił się nagle i krzyknął — „Patrzajcie go! W taki sposób przemawiają do nas. Dlaczego któryż z was go nie rąbnął? Walić go! Walić! Że oficer, chce nas wodzić za nos. Myśmy tacy dobrzy, jak i on! A teraz wszyscy razem idziemy do piekła. Zagłodzili nas na tym zapowietrzonym statczysku, a teraz utoniemy przez tych drapieżnych zabijaków. Wal go!” Darł się w gęstniejącym mroku, szlochał i łkał, wrzeszcząc — „Wal go! Wal go!”

Wściekłość i strach, gadające przezeń w obronie sponiewieranych jego praw do życia, były cięższą próbą wytrzymałości naszych serc, aniżeli ten groźny cień nocy, która zapadała wśród nieustannego huku burzy. Pan Baker na rufie zawołał:

— Czy nikt tam z was nie zatka mu gęby? Czy ja sam muszę przyjść?

— Stul pysk! — Cicho bądź! — odezwały się z różnych stron rozjątrzone głosy, drżące z chłodu.

— Dostaniesz ode mnie w łeb! — rzekł jakiś niewidzialny marynarz zmęczonym głosem — Ja nie pozwolę, żeby się fatygował sam starszy oficer.

Donkin ucichł i leżał, milcząc milczeniem rozpaczy. Na ciemne niebo wystąpiły gwiazdy i zabłysły nad czarnym jak atrament morzem, usianym pianą i strzelającym ku niebu znikomym i bladym światłem olśniewającej bieli, zrodzonej w czarnym zamęcie fal.

Wgłębione w dal wiekuistego spokoju, gwiazdy lśniły twardym i zimnym jaśnieniem ponad kotłowiskiem ziemi; otaczając ze wszystkich stron pokonany i udręczony statek, świeciły nad nim bezlitośniejsze od oczu zwycięskiego motłochu i niedostępniejsze od serc ludzkich.

Lodowaty wiatr południowy dął triumfująco pod mrocznym przepychem nieba. Ziąb trząsł ludźmi z nieprzepartą gwałtownością, jakby chcąc ich rozbić w kawałki. Wiatr zwiewał ze skostniałych ust niedosłyszalną skargę. Niektórzy, szemrząc, utyskiwali, że już nie czują połowy ciała; inni zamykali oczy, wyobrażając sobie, że mają na piersiach bryłę lodu. Inni znów, zaniepokojeni, że ustał ból w palcach, tłukli rękami o pokład — z uporem, aż do wyczerpania. Wamibo patrzał przed siebie, nieprzytomny i senny. Skandynawowie, szczękając zębami, zamieniali z sobą nic nieznaczące pomruki. Nieliczni przedstawiciele Szkocji wysilali się, żeby unieruchomić dolną szczękę. Ludzie z zachodnich okolic leżeli, wielcy i tępi, w swej niewzruszonej zgryźliwości. Jakiś człowiek klął i ziewał na przemian. Drugi oddychał z charkotem w gardle. Dwaj starsi wiekiem, zahartowani przeciwko burzom wilcy morscy, leżący twarzą w twarz, ponurym szeptem odgrzebywali wspomnienia o wspólnej swej znajomej — gospodyni pensjonatu w Sunderlandzie. Unosili się nad jej dbałością macierzyńską i szczodrobliwością; próbowali zwrócić rozmowę na udziec wołowy i wielkie ognisko w kuchni. Słowa, zamierające im na ustach, rozpłynęły się wreszcie w westchnieniach. Czyjś głos wykrzyknął nagle w noc ciemną: „O Boże!” Nikt nie poruszył się na ten okrzyk, nie zwrócił nań uwagi. Ten i ów, z nieokreślonym, miarowym jakimś gestem przykładał rękę do twarzy, ale większość była jakby w letargu. Przy zesztywnieniu członków trapił ich nawał myśli, które mknęły przez ich mózgi z szybkością i barwnością snów. Niekiedy wyrywał im się nagły, przeraźliwy okrzyk, odpowiadający na dziwaczny zew jakiegoś mamidła; potem pogrążali się znów w milczeniu, wpatrując się w wizje znajomych twarzy i rzeczy im bliskich. Przypominali sobie wygląd zapomnianych twarzy i słyszeli głosy umarłych lub zaginionych szyprów. Jawiły się im oświetlone gazem hałaśliwe ulice, tawerny buchające żarem, albo słoneczne, upalne dni, wśród ciszy morza.

Pan Baker porzucił swe nie dość zabezpieczone miejsce i czołgał się, z przestankami, wzdłuż tylnego pomostu. W ciemności i na czworakach podobny był do jakiegoś mięsożernego drapieżnika, szukającego żeru między trupami. Na wystawionej na wiatr stronie pomostu oparł się o belkę i spojrzał na główny pokład. Wydało mu się, że okręt się cokolwiek podnosi. Wichura nieco zelżała — przynajmniej tak mu się zdawało — lecz toń morza wznosiła się wyżej jeszcze. Fale pieniły się wzburzone i strona pokładu, zwrócona pod hyz, znikła pod mleczno-białym, syczącym nakipem jakby gotującego się mleka; liny śpiewały wciąż głębokim, wibrującym tonem, a przy kołychnięciu się okrętu do góry wiatr z przeciągłym wyciem tłukł się między drążkami rej. Pan Baker wpatrywał się ze skupioną uwagą. Tuż około niego zaczął ktoś nagle bardzo głośno pykać ustami, jak gdyby się z niego zimno brutalnie wydzierało. Zaczął i nie przestawał — „Ba-baba-ba-brrr-brrr-ba-ba”...