— Ciszej tam! — krzyknął pan Baker, macając w ciemności. — Będziesz ty cicho! — dodał, szarpiąc czyjąś nogę, którą w ciemności znalazł pod ręką. — „Co się stało, proszę pana?” — odezwał się Belfast tonem człowieka, którego raptem obudzono — „My tu doglądamy Jimmy’ego”. — A! Hm! To ty! Przestańże tak hałasować. Kto tu obok ciebie?”
— To ja, panie — bosman — odburknął człowiek z zachodu — próbujemy utrzymać przy życiu tego biedaka.
— Eh? Hm? — rzekł pan Baker — Róbcież to spokojnie, jeśli można.
— On chce, żebyśmy go trzymali nad balustradą — ciągnął zirytowany bosman — powiada, że nie może oddychać pod naszymi kurtkami.
— Jeśli go podniesiemy, to go upuścimy za burtę — rzekł inny głos — nie czujemy rąk z zimna.
— To mi wszystko jedno! Ja duszę się tu! — oznajmił Dżems Wait donośnym głosem.
— O! Nie, mój synu! — rzekł bosman zdesperowany — Nie zginiesz, dopóki my wszyscy nie zginiemy tej pięknej nocy.
— Jeszcze zobaczysz takich więcej i gorszych — rzekł pan Baker wesoło.
— To nie zabawka, proszę pana — odparł bosman — Niektórym z nas, tam dalej, dzieje się całkiem niedobrze.
— Gdyby te przeklęte patyki były poucinane, to okręt płynąłby sobie teraz równo, jak się patrzy i mielibyśmy jaką taką szansę — rzekł ktoś z westchnieniem.