— Hola, co ci jest? — spytał ktoś szorstko.

— Powiada, iż on byłby poszedł zamiast Davies’a — objaśnił Archie, który był generalnym tłumaczem Finlandczyka.

— Wierzę mu! — wołano.

— Nie bój się, doczmenie, pójdziesz i ty, niedługo będzie i twoja kolej. Siedź, kiedy ci dobrze.

Umilkli i wszyscy obrócili się twarzami ku drzwiom.

Wszedł Singleton, postąpił dwa kroki i stanął, chwiejąc się cokolwiek. Morze, sycząc i rycząc, bałwaniło się, roztrącone piersią nawy, kasztel drżał, pełen ogłuszającego huku; lampa, rozbujana wahadłowo, rzucała jaskrawe błyski. Singleton w sennym i osłupiałym zapatrzeniu spozierał na nieruchomych ludzi, nie mogąc ich odróżnić od skaczących cieniów. Dookoła zrywały się biadające pomruki — „Hola, hej!... jak tam teraz na dworze, Singletonie?” Ci, którzy siedzieli u luki, milcząc, podnieśli oczy, a marynarz równie stary, jak Singleton (ci dwaj rozumieli się wzajem, chociaż nie zamienili z sobą trzech wyrazów na dzień), popatrzył z uwagą na swego przyjaciela, po czym wyjął z ust krótką pipkę glinianą i podał mu ją bez słowa. Singleton wyciągnął po nią rękę — nie trafił. Zatoczył się i nagle padł głową naprzód: runął jak długi, zesztywniały, podobny do drzewa, któremu podcięto korzenie. Poruszyli się wszyscy. Tłoczyli się, wołając: „Ten ma dość!...” „Odwrócić go!... Rozstąpcie się tam!”

Pod tłumem wylękłych, schylonych nad nim twarzy, leżał na wznak, patrząc ku górze uporczywym, przykrym wzrokiem. Gdy wszyscy wstrzymali oddech, rzekł ochrypłym szeptem wśród ogólnego milczenia — „Już mi dobrze” — i kurczowo zacisnął pięści. Podnieśli go. — „Starym już! — stary!” — mruknął z rozpaczą. — „Wcale nie!” — zawołał Belfast z odruchową uprzejmością. Podpierany ze wszystkich stron, zwiesił głowę. — „Jak tam? Czy lepiej teraz?” — pytano. Wpatrywał się w nich spod gęstych brwi ogromnymi czarnymi oczyma; na piersi rozpościerała mu się biała broda, długa, gęsta i krzaczasta. „Stary! stary!” — powtarzał głucho. Pomogli mu wejść na tapczan. Leżała tam jakaś lepka, szlamista warstwa czegoś, cuchnącego jak bajoro zamulonej plaży. Był to jego rozmiękły siennik. Wzdrygając się konwulsyjnie, przyległ doń, i za chwilę z ciemnej klitki dało się słyszeć gniewne mruczenie, jakby dzikiego zwierza, którego irytuje niewygodny barłóg klatki. — „Mała wieja... nic osobliwego... nie mogę zdzierżyć... Starym!” — Koniec końców usnął w długich swych butach i w kapuzie; dyszał ciężko, i za każdym razem, gdy się przewracał na bok, wzdychając i jęcząc, chrzęściła jego nieprzemakalna kurta gumowa. Nad śpiącym toczył się frasobliwy poszept rozmów.

— To go zwaliło z nóg!

— Mocny on jak koń.

— Ba, ale już nie ten co dawniej.