Gdy przykręcono lampę, Jimmy, obróciwszy się na poduszce, patrzał przez drzwi otwarte na oścież. Za prostą linią szczytowego żagla migały wizje bajecznego świata, złożonego z drgających płomieni i sennej wody. Błyskawice odbijały się w wielkich smutnych oczach Jimmy’ego, które lśniły — zda się — własnym, czerwonym ogniem wśród czarnej twarzy. Potem leżał znów w gęstym mroku, oślepiony i niewidzialny. Dochodził do niego stuk kroków na uciszonym pokładzie, oddech któregoś z ludzi, marudzących na progu, poskrzyp masztu, który się zakołysał, albo spokojny głos dyżurnego oficera, odbijający się głośnym i wyraźnym echem wysoko pośród nieruchomych żagli. Natężał uwagę i wsłuchiwał się z chciwością, łowiąc uchem najlżejszy szmer, który działał kojąco na jego udrękę bezsenności. Weselił go skrzyp bloków, orzeźwiał ruch poszeptującej warty, cieszyło przeciągłe ziewnięcie jakiegoś sennego i zmęczonego żeglarza, który rozkładał się powoli na deskach, by uciąć drzemkę. Życie wydawało się niezniszczalne. Toczyło się poprzez mrok i światło i sen, i snuło się przyjaźnie naokoło kłamliwej bajki o bliskiej śmierci Jimmy’ego; było jasne, jak świetlany zygzak błyskawicy, i pełniejsze tajemnic od nocnego mroku. Dawało mu poczucie bezpieczeństwa; cennym był dlań zarówno spokój wszechwładnej ciemności, jak i ruchliwe, niepokojące światło dnia.
Koło wieczora, w godzinach tzw. „psiej warty”, a nawet aż do pierwszego dyżuru nocnego, widziało się zawsze paru kolegów, dotrzymujących towarzystwa Jimmy’emu, porozmieszczanych z obu stron drzwi kajuty. W wygodnych pozach, podparci o odrzwia, z pozakładanymi na krzyż nogami, toczyli rozmowę z pogodnym zainteresowaniem, lub też w milczeniu zasiadali bądź na progu, bądź też na kuferku Jimmy’ego. Inni, zająwszy miejsca na zapasowym maszcie u poręczy burtowej, przyjmowali w pogawędce udział milczącym zapatrzeniem się oczu i swymi prostaczymi twarzami, na które lampka z kajuty rzucała jaskrawą łunę. Ta maleńka, biało wymalowana izdebka sprawiała po nocy wrażenie jakiegoś srebrzystego tabernaculum, gdzie spoczywał pod kołdrą sztywny, czarny bożek, łyskający znużonym okiem i przyjmujący należną mu daninę hołdów. Donkin celebrował. Minę miał taką, jak gdyby był pokazywaczem jakiegoś fenomenalnego zjawiska, jakiegoś osobliwszego, na uwagę zasługującego dziwotworu, z którego widzowie mają odnieść głęboką i wiecznotrwałą naukę.
— Tylko mu się przypatrzcie! Takiemu to wiadomo, co w trawie piszczy — nie bójcie się! — perorował od czasu do czasu, wymachując ręką twardą i kościstą jak łapa bekasa. Jimmy leżał na wznak, uśmiechając się z pobłażaniem i powściągając się od najmniejszego poruszenia. Udawał ostatnie wyczerpanie z sił, chcąc nam udowodnić, że zwłoka w wydobyciu go z owej strasznej kryjówki i potem cała noc spędzona na rufie pośród nas — egoistów niedbałych o jego potrzeby — że go to wszystko całkiem „połamało”. Lubił rozpowiadać o tym i, rzecz prosta, zawsze potrafił nas zająć. Mówił kurczowo, gorączkowymi napadami, po których następowały długie pauzy; podobne to było do chodu pijaka.
— Właśnie mi kucharz przyniósł imbryczek gorącej kawy... Postawił go tam na kuferku — zatrzasnął drzwi... Poczułem, że zanosi się na duże kołysanie; ja do kawy — ratować: oparzyłem palce... i wyleciałem z tapczanu... Okręt przewrócił się tak szybko... Woda wlała się przez wentylator... Nie mogłem poruszyć drzwi... ciemno jak w mogile... próbowałem wgramolić się na koję górną... Szczury... jeden mnie ukąsił w palec, gdy już się wdrapałem na wierzch... Słyszałem, jak pode mną pływał... Myślałem, że już wcale nie przyjdziecie... żeście już wszyscy przepadli w morzu... naturalnie... Słyszałem tylko wicher... A potem wyście przyszli... szukać mojego trupa, oczywiście. Niechby cokolwiek później, a...
— Człowieku! Ależ hałasowałeś tam na potęgę — rzekł Archie w zamyśleniu.
— Ba, i wy też narobiliście piekielnej wrzawy tam na górze... Każdy by się przeraził... Nie wiedziałem, co się tam dzieje... Walą w te przeklęte deski... moja głowa... Zachowywaliście się zupełnie jak stado oszalałych głupców... w każdym razie nic mi z tego... Mógłbym równie dobrze i utonąć... Ba!
Jęczał, kłapał wielkimi, białymi zębami i obrzucał nas wzgardliwym spojrzeniem. Belfast spojrzał na niego z bólem, uśmiechnął się frasobliwie i ukradkiem zacisnął pięść; niebieskooki Archie gładził powoli swoje czerwone baczki; u drzwi bosman wytrzeszczył oczy, parsknął nagle śmiechem i odszedł. Wamibo roił... Donkin pomacał rzadkie włosy, rosnące mu na jałowej brodzie i rzekł triumfująco, zerkając w stronę Jimmy’ego:
— Spójrzcie na niego! Chciałbym ja mieć połowę tego zdrowia co on, dalibóg!
Wskazał kusym palcem w tył okrętu, w stronę kajut oficerskich i szczeknął ze sztuczną wesołością:
— Tamtym na złość, tak się należy urządzać.