— Nie. Jeżeli sześciu chłopów nie ma dość krzepy w muskułach i nie może nasadzić tego przeklętego bezanżagla, to pal ich sześć — odrzekł Donkin głosem znużonym i głuchym, jak gdyby mówił z dna jakiegoś lochu. Jimmy ze szczególnym zainteresowaniem przypatrywał się jego stożkowatej ściętej głowie o ptasim profilu; wychylił się z łóżka z badawczą i niepewną miną kogoś, co właśnie zastanawia się, jakby tu najlepiej uchwycić osobliwą gadzinę, która może ukłuć albo ukąsić. Jednakże powiedział tylko:

— Pan Baker zobaczy, że ciebie nie ma i znów będzie dogryzał.

Donkin wstał, aby pójść.

— Już ja go urządzę pewnej pięknej nocy, zobaczysz — rzucił przez ramię. Jimmy odparł natychmiast.

— Ty jesteś jak papuga, skrzecząca papuga.

Donkin zatrzymał się i z uwagą przechylił na bok głowę. Jego wielkie odstające uszy, przezroczyste i porysowane żyłkami, podobne były do cienkich skrzydeł nietoperza.

— Tak? — odpowiedział, stojąc tyłem do Jimmy’ego.

— Tak! Paplesz wszystko, co wiesz — jak... jak plugawe białe kakadu.

Donkin czekał. Słuchał, jak tamten oddycha głęboko i powoli, niby pod centnarowym na piersi ciężarem, wreszcie spytał spokojnie:

— Co ja wiem?