— Co?... To, co ja ci mówię... nie dużo. Co ty w tym masz... żeby tak ciągle mówić o moim zdrowiu?...
— Toć to wierutny szwindel! Parszywe, nędzne oszustwo pierwszej klasy. Ale ja nie dam się na to nabrać. Ja — nie!
Jimmy milczał. Donkin zagłębił ręce w kieszeniach i jednym krokiem podsunął się aż do tapczanu.
— Ja mówię — ot co. Nie ma tu ludzi z charakterem. To są owce, nad którymi można przewodzić. Ale ciebie popieram... Czemuż by nie? Dobrze ci się wiedzie.
— Owszem. Przeciwko temu nic nie powiadam.
— No więc. — Niech się uczą ode mnie męskich sposobów. Jestem mężczyzną i wiem doskonale, jak stoi twoja sprawa...
Jimmy wtulił się w poduszki, tamten zaś wysunął cienką szyję, nachylając ku niemu ptasią twarz, niby dziób, gotowy do wykłucia oczu.
— Ja mam charakter męski. Wolałem wycierać się po wszystkich ciupach Kolonii, niż zrezygnować ze swoich praw...
— Jesteś kajdaniarzem — rzekł Jimmy słabym głosem.
— Tak. Jestem... i szczycę się tym. A ty co? Brak ci męstwa... i dlatego wymyśliłeś to oszukaństwo...