Kucharz obtarł sobie czoło jakimś brudnym łachem bawełnianym, który następnie zawiązał sobie na szyi.

— Tak robią palacze na parowcach — rzekł wesoło, niezwykle rad z siebie — Moja praca jest przynajmniej tak ciężka jak ich — sądzę — a godzin mam więcej. Czyś kiedy widział ich w kotłowni? Wyglądają jak szatani, niecący ciągle ogień — ogień — ogień, tam na dnie.

Wskazał palcem na pokład. Jakaś posępna myśl zachmurzyła mu lice i przemknęła po nim jak cień błędnej chmury po spokojnym morzu. Zluzowana warta wracała z tupotem na przodek statku i zwartą grupą mijała oświetlony obręb przy drzwiach. Niektórzy wołali:

— Dobranoc!

Belfast przystanął na chwilę, aby zajrzeć do Jimmy’ego i stał drżący i niemy, jak gdyby opanowując wzruszenie. Zamienił z kucharzem bolejąco-porozumiewawcze spojrzenie i ulotnił się. Kucharz odchrząknął. Jimmy spoglądał w sufit i zatopił się w milczeniu.

Noc była widna, z lekkim wiaterkiem. Okręt, nieco bokiem pochylony, ślizgał się gładko po ciemnej toni, dążąc po niedościgłej wspaniałości widnokręgu, usianego migotliwymi punkcikami gwiazd. Wysoko ponad iglicowatymi wierzchołkami masztów przewijał się po niebie szlak drogi mlecznej, podobny do triumfalnego łuku wiekuistej światłości, rozpiętego nad mrocznym torem ziemi. Na górnym pokładzie baku, nad kasztelem, któryś z majtków głośno i z precyzją gwizdał skoczną nutę ulubionego pląsu, a drugi szurał w takt nogami i przytupywał. Od przodu dolatywała gwarna mieszanina rozmów — śmiechów — urywanych dźwięków pieśni. Kucharz pokiwał głową, zerknął ukosem w stronę Jimmy’ego i począł zrzędzić.

— Oj, oj! Taniec i śpiew. Tylko to im w głowie. Podziwiam Opatrzność, że jest na to cierpliwa... Niepamiętni dnia, który na pewno przyjdzie... Ale ty...

Jimmy łyknął herbaty pośpiesznie, jakby ukradkiem, zakopał się pod kołdrą i przycisnął do samej ściany. Kucharz wstał, zamknął drzwi, po czym znowu siadł i zaczął perorować:

— Za każdym razem, gdy rozniecam w kambuzie ogień, myślę o was, towarzysze — wy przeklinający, kradnący, łżący i czyniący jeszcze gorzej — tak, jak gdyby nie istniało nic z tego, co się nazywa tamtym światem... A chłopy skądinąd niezłe do pewnego stopnia — dodał powoli i po chwili smętnego rozmyślania ciągnął dalej z rezygnacją — No, no! Będzie im kiedyś ciepło. Ciepło rzekłem? Żar paleniska na jakimś parowcu White Star jest wobec tego niczym.

Zamilkł i siedział przez chwilę nieruchomo. W jego mózgu kotłowało się; przesuwały się widziadła o świetlanych zarysach; dźwięczały bezładnym chórem pobudzające pieśni wraz z jękami udręczeń piekielnych. Cierpiał, rozkoszował się, podziwiał, pochwalał. Był zachwycony, przejęty strachem i uniesieniem — podobnie jak w on pamiętny wieczór (jedyny raz w życiu — przed dwudziestu siedmiu laty; z przyjemnością zaznaczał cyfrę lat), kiedy to, będąc młodzieńcem i dostawszy się w złe towarzystwo, upił się w pewnym tingel-tanglu we wschodniej dzielnicy. Fala nagłego uniesienia porwała mu duszę. Uleciał ku wyżynom. Spozierał w tajemnicę zaświata, odczuwał jego niewypowiedzianą doskonałość; kochał go, kochał siebie, wszystkich towarzyszów, Jimmy’ego. Serce rozsadzała mu tkliwość, wyrozumiałość, wścibstwo, niepokój o duszę tego czarnego, pycha z zapewnionych na wieki niebios i poczucie swej mocy. Porwać tego Murzyna w ramiona i cisnąć w sam środek zbawienia... Czarna dusza... jeszcze czarniejsze ciało... rozkład... Szatan. Nie! Co innego: moc... Samson... W uszy bił mu dźwięk cymbałów; miał wrażenie, że przewija się jak błyskawica przez gmatwaninę promiennych twarzy, lilii, modlitewników, nadziemskich uciech, białych koszul, harf złotych, czarnych surdutów, skrzydeł. Widział powiewne szaty i gładko wygolone twarze; morze światła i jezioro smoły. Czuł słodkie wonie i zapach siarki — miał wizję płomienistych języków, liżących mglistą białość. Wtem zagrzmiał jakiś straszliwy głos! Wszystko to trwało trzy sekundy.