— Rzeczywiście, mogę to zrobić — rzekł Wait — tylko że...
— A więc zrób — rzucił Donkin złośliwie — ponieważ możesz doglądać swego ubrania, możesz doglądać i samego siebie.
Wyszedł na pokład i wcale się nawet nie obejrzał. Jimmy sięgnął po dzbanek. Ani kropli. Postawił go z wolna, westchnął cicho i przymknął oczy. Myślał:
— Wody mi przyniesie ten wartogłów Belfast, jeśli zażądam. Głupiec. Bardzo mi się chce pić...
Było niezmiernie gorąco w kajucie, która zdawała się wykonywać powolny obrót, oddzielać się od okrętu i unosić lekko w jasnym, powietrznym obszarze, oświetlonym jaskrawymi blaskami jakiegoś szybko wirującego, czarnego słońca. Obszar bez wody. Bez kropli wody. Jakiś policjant z twarzą Donkina siedzi na cembrowinie pustej studni i pije szklankę piwa; nagle zamachał wielkimi skrzydłami i odfrunął. Jakiś okręt o masztach wbitych w niebo i tam ginących, wyładowuje zboże; wiatr rozmiata suche plewy tumanem wzdłuż kamiennego wybrzeża portu, gdzie nie ma ani kropli wody. Jimmy kręci się na wietrze razem z tymi plewami — czuje zmęczenie i jakąś dziwną lekkość. Jest bez wnętrzności. Czuje się lżejszym i suchszym od plew. Rozszerzył wdechem pustą klatkę piersi. Wdął w siebie z powietrzem całą masę osobliwych rzeczy, coś jakby drzewa, domy, ludzi, słupy latarń... Już nie ma nic! Nie ma więcej powietrza — a on jeszcze nie skończył swojego długiego wdechu. Ależ on w celi więziennej! Zamykają go właśnie. Jakieś drzwi się zatrzasły. Zgrzytnął klucz dwukrotnym spustem, i chluśnięto na niego kubełkiem wody. Och! Po co to?...
Otworzył oczy i pomyślał sobie, że upadek był za ciężki, jak na niego, człowieka pustego — całkiem pustego w środku. Znajdował się w swojej kajucie. — A! kajuta — doskonale! — Był zlany potem, ręce ciążyły mu jak ołów. Zobaczył, że kucharz stoi we drzwiach, trzymając w jednej ręce klucz mosiężny, a w drugiej — lśniący czajnik cynowy z pałąkiem.
— Zamykałem na noc — oznajmił kucharz, promieniejący zadowoleniem — Dopiero co wybiła ósma. Przynoszę ci garnek zimnej herbaty, żebyś na noc miał co do picia. Osłodziłem ją nawet białym cukrem od święta. Co tam — okręt od tego nie utonie.
Wszedł, powiesił czajnik u węgła koi.
— Co słychać? — rzekł ceremonialnie, po czym siadł na kuferku.
— Hm — odburknął Wait niezbyt gościnnie.